Kocham TBS. Za masła do ciała i za zapachy. A już uwielbiam bożonarodzeniowe edycje kosmetyków pielęgnacyjnych. Praktycznie każdego roku są dwa pewniki: wanilia i żurawina. Trzeci zapach to niewiadoma, rok temu była to akurat morela.
Nie będę się dzisiaj rozpisywać o masłach, o tym będzie porządny osobny post (bo ja te kosmetyki uwielbiam :D). Dzisiaj skupimy się na zeszłorocznych masłach świątecznych: wanilia z gałką muszkatołową (Nutmeg&Vanilla Body Butter), żurawina (Merry Cranberry Body Butter) i morela (Black Velvet Apricot Body Butter). Wszystkie trzy przeznaczone są do skóry normalnej, więc nie ma co oczekiwać cudów względem nawilżenia. Masła są treściwe i tłuste, ale nie nawilżają w sposób spektakularny, skóra sucha będzie wołać o jeszcze.
Zacznę od mojego ulubieńca - wanilii :) Najładniejszy zapach z serii, najfajniejsza konsystencja, najlepsze właściwości pielęgnacyjne (chociaż, jak już pisałam - nie jest to pielęgnacyjny top ten ;)). Masło jest zbite, śliskie, fajnie się wchłania, nie zostawia na skórze lepkiego filmu. Skóra po jego użyciu jest miękka, wygładzona, bardzo aksamitna.
A zapach - zapach jest cudowny. Wanilia zmiękczona gałką muszkatołową. Miks absolutnie fantastyczny, ciepły, otulający. Zimowy. Idealny na już mroźne jesienne poranki albo na wieczory spędzone pod ciepłym, polarowym kocem. W sumie sam ten zapach jest jak kocyk, ociepla, otula, przenosi nas w trochę inny świat, pełen wanilii, sernika i szarlotki.
Przyszedł czas na morelę. Moreli zużyłam już małe pudełeczko, duże trzymam w zapasie, by czasem otworzyć, wąchnąć, pouśmiechać się jak głupi do sera, zakręcić, włożyć do szuflady i na chwilę zapomnieć.
Masło to jest bardziej balsamowate, to coś pomiędzy treściwym masłem a treściwym balsamem. Właściwości pielęgnacyjne przyzwoite, ale ja nie mam wymagającej skóry, wystarczy mi byle mazidło ;)
A zapach? Zapach jest ciężki. Dziwny. I chyba wymagający. To morela, ale ciężka, mroczna. Z odrobiną cynamonu. Black velvet to dobra nazwa dla tego kosmetyku, bo to jest właśnie taka przyciężka, dojrzała morela, na granicy zepsucia już. Dlatego to nie jest zapach na co dzień. Dla mnie jest idealna baza pod mrocznego Addicta. Więc od czasu do czasu tak, na co dzień nie. Zastanawiało mnie to, dlaczego akurat na święta BN TBS wypuścił taki zapach - bo ani to świąteczne, ani radosne... Chyba że to jakaś forma antyświętowania? No nie wiem :D
I na koniec żurawina, czyli najmniej lubiane przeze mnie masełko. Dlatego też posiadam tylko wersję mini ;) Jedno pudełeczko już za mną, właściwości pielęgnacyjne takie jak u rodzeństwa z serii - dla mało wymagających skór ok.
A zapach? Słodko-kwaśna żurawina do obiadu :D Najbardziej spożywcze masło z tych trzech. Na początku bardzo fajnie mi się nosiło żurawinę na ciele. Ale im dłużej obcowałam z Merry Cranberry tym bardziej byłam zmęczona i lekko już otumaniona zapachem. Kwaśność tego zapachu zaczęła mnie przytłaczać, po pewnym czasie uznałam, że ja po prostu śmierdzę a nie pachnę. Były wieczory, gdy pachniałam znowu zbyt słodko jak na mój gust i musiałam po prostu wstać, wziąć prysznic by zmyć z siebie landrynkową żurawinę. Więc w sumie jestem i na tak (przy minimalnym używaniu można MC polubić) i na nie (przy długim używaniu można MC znienawidzić).
Podsumowując: fajne masła do ciała o przyzwoitych właściwościach pielęgnacyjnych i niezłych zapachach. Czy kupiłabym ponownie? Tak, gdyby nie to, że to seria limitowana. Na minus na pewno jest cena (200ml/65zł, 50ml/20zł).
niedziela, 24 października 2010
sobota, 23 października 2010
Gilmore Girls czyli wspomnieniowo.
Ten serial jest w mojej pierwszej trójce najlepszych seriali ever. To tak słowem krótkiego wstępu :D
Gilmore Girls, czy jak kto woli Kochane Kłopoty, to serial opowiadający o dwóch kobietach, o matce i córce, które są nie tylko matka i córką - one są przyjaciółkami. Serial jest wyjątkowy: ze względu na tematykę, miejsce w którym dzieje się akcja, bohaterów drugoplanowych i niesamowite dialogi.
Gilmore Girls to 7 sezonów (153 odcinki) dobrego filmu w odcinkach. Lorelai i Rory poznajemy w chwili, w której Rory idzie do renomowanej szkoły średniej, za którą płacić będą, jej dziadkowie, z ktorymi dziewczyny mają średni kontakt (long story short: Lorelai zachodzi w ciążę w nastoletnim wieku, po porodzie wyprowadza się ze swojego dobrego domu i od tej pory radzi sobie sama, rodzice nie mogąpoznajem jej tego zapomnieć). Tak więc w każdy piątek cała rodzina spotyka się na obiedzie w posiadłości starszych Gilmore'ów.
Serial jest śmieszny, wzruszający, czasami dający do myślenia. Idziemy z Rory przez kawał jej życia, poznajemy jej miłości (Dean ciepłe kluchy, Jess bad ass i Logan, ach Logan...), towarzyszymy jej w drodze przez szkołę średnią, przez studia w jakże prestiżowym ośrodku amerykańskiej edukacji jakim jest Yale. Ale towarzyszymy też Lorelai, jej życiowym potyczkom, szukaniu miłości, budowie hotelu...
Za co ja kocham GG? Za śliczną Alexis Bledel, która gra Rory, za Kirka, za Luka, za Miss Patty, za Paula Ankę, za Sookie (za Jasona później też :D), za Michela (oh boh, facet był rewelacyjny :D, za Logana, za Stars Hollow... Za wszystko chyba. Bo to taki ciepły, rodzinny serial, dla córek, matek, babć... Kiedyś, przed erą 'znajdziesz wszystko w internecie' GG był emitowany na TVN7, do którego to kanały też dostęp był jedynie przez satelitę albo kablówkę - mówię Wam, ile było kombinowania, by obejrzeć ukochany serial raz w tygodniu, w sobotę o 19:00 bodajże. Cały tydzień czekało się na sobotę...
Gilmore Girls, czy jak kto woli Kochane Kłopoty, to serial opowiadający o dwóch kobietach, o matce i córce, które są nie tylko matka i córką - one są przyjaciółkami. Serial jest wyjątkowy: ze względu na tematykę, miejsce w którym dzieje się akcja, bohaterów drugoplanowych i niesamowite dialogi.
Gilmore Girls to 7 sezonów (153 odcinki) dobrego filmu w odcinkach. Lorelai i Rory poznajemy w chwili, w której Rory idzie do renomowanej szkoły średniej, za którą płacić będą, jej dziadkowie, z ktorymi dziewczyny mają średni kontakt (long story short: Lorelai zachodzi w ciążę w nastoletnim wieku, po porodzie wyprowadza się ze swojego dobrego domu i od tej pory radzi sobie sama, rodzice nie mogąpoznajem jej tego zapomnieć). Tak więc w każdy piątek cała rodzina spotyka się na obiedzie w posiadłości starszych Gilmore'ów.
Serial jest śmieszny, wzruszający, czasami dający do myślenia. Idziemy z Rory przez kawał jej życia, poznajemy jej miłości (Dean ciepłe kluchy, Jess bad ass i Logan, ach Logan...), towarzyszymy jej w drodze przez szkołę średnią, przez studia w jakże prestiżowym ośrodku amerykańskiej edukacji jakim jest Yale. Ale towarzyszymy też Lorelai, jej życiowym potyczkom, szukaniu miłości, budowie hotelu...
Za co ja kocham GG? Za śliczną Alexis Bledel, która gra Rory, za Kirka, za Luka, za Miss Patty, za Paula Ankę, za Sookie (za Jasona później też :D), za Michela (oh boh, facet był rewelacyjny :D, za Logana, za Stars Hollow... Za wszystko chyba. Bo to taki ciepły, rodzinny serial, dla córek, matek, babć... Kiedyś, przed erą 'znajdziesz wszystko w internecie' GG był emitowany na TVN7, do którego to kanały też dostęp był jedynie przez satelitę albo kablówkę - mówię Wam, ile było kombinowania, by obejrzeć ukochany serial raz w tygodniu, w sobotę o 19:00 bodajże. Cały tydzień czekało się na sobotę...
piątek, 22 października 2010
Parlez-vous OPI?
Oui, je parle OPI :D
Jeden z piękniejszych lakierów na świecie. Brudna, bardzo brudna lawenda. Kolor cudowny i wyjątkowy, nie ma takiego drugiego.
This is one of the most beautiful polishes, ever. Dirty lavander, simply beautiful :) Application was OK, polish is thicker than usual OPI's but you stil need two coats to gain full opacity.
Jeden z piękniejszych lakierów na świecie. Brudna, bardzo brudna lawenda. Kolor cudowny i wyjątkowy, nie ma takiego drugiego.
This is one of the most beautiful polishes, ever. Dirty lavander, simply beautiful :) Application was OK, polish is thicker than usual OPI's but you stil need two coats to gain full opacity.
czwartek, 21 października 2010
Ankieta.
Z boku dodałam krótką ankietę na temat tego, o czym chciałybyście poczytać na blogu. Z założenia ten blog miał być blogiem stricte lakierowym, ale jakoś tak po drodze się to rozeszło, nadal królują swatche. Stąd moje pytanie: o czym chciałybyście czytać? Czy silić się na coś poza lakierowymi swatchami? To wszystko w sumie zależy od Was, bo ja chętna (czasem łatwiej spłodzić swatcha i recenzje brązera niż lakieru do paznokci ;)). Lakiery dalej byłby tematem przewodnim (lata miną, nim wszystko obfocę :D) ale chciałabym wiedzieć, czy interesuje Was coś spoza lakierowego światka ;)
Będę wdzięczna za wszystkie głosy :))
xo
Będę wdzięczna za wszystkie głosy :))
xo
O polskim serialu słów kilka...
Uwielbiam seriale. Teraz oglądam głównie te zagraniczne, ale dawno, dawno temu pewien polski serial zdobył moje serce. Mimo tego, że pierwszy odcinek został wyemitowany ponad 8 lat temu, ja ciągle mam w sercu dwójkę głównych bohaterów.
Domyślacie się, o jaki serial mi chodzi? Brawa dla tych, którzy zgadli :D
Kasia i Tomek. Czy serial o parze trzydziestolatków, ich życiowych problemach, przyjemnościach itp. Kasia i Tomek są w zasadzie jedynymi bohaterami, których widzimy. Reszta (tatuś Tomka, mamusia Kasi, przyjaciele i całkiem nieznajomi) są albo głosami zza kadru albo widzimy ich plecy lub półprofile.
Z racji choroby oglądam sobie od początku (powstały trzy serie serialu) i czasami po prostu sikam ze śmiechu. Bo oni są śmieszni. Kasia jest postrzelona, chodzi z głową w chmurach. Tomek to czasami gbur, zawsze zrównoważony i opanowany (nawet przy kasinej mamusi :D). Rozmowy między nimi czasami rzucają na kolana. Pokazane sytuacje też: Tomek na klopie, Tomek przeglądający się w lustrze po tym, jak poprzedniego wieczora posmarował się kremem po depilacji, Tomek na fotelu dentystycznym, Kasia cała w papilotach, Kasia w wannie, Kasia myjąca zęby, Kasia i Tomek odwiedzający ojca Tomka w więzieniu, Kasia i Tomek rozmawiający z nadpobudliwą matką Kasi...
Podoba mi się też to, jak serial jest zrobiony: krótkie scenki, których jest w całym odcinku kilka. I każda przeważnie dotyczy czego innego (chyba że odcinek jest tematyczny, jak na przykład wakacje czy wizyta u przyjaciół).
Polecam. To chyba najlepszy polski serial. I świetnie obsadzony - Joasia Brodzik śliczna jak zawsze, Paweł Wilczak brzydki jak zawsze. Pasują do siebie. No i ten serial chyba był początkiem ich związku :D
Dużo Kasi i Tomka można obejrzeć na YT. Polecam :D
Domyślacie się, o jaki serial mi chodzi? Brawa dla tych, którzy zgadli :D
Kasia i Tomek. Czy serial o parze trzydziestolatków, ich życiowych problemach, przyjemnościach itp. Kasia i Tomek są w zasadzie jedynymi bohaterami, których widzimy. Reszta (tatuś Tomka, mamusia Kasi, przyjaciele i całkiem nieznajomi) są albo głosami zza kadru albo widzimy ich plecy lub półprofile.
Z racji choroby oglądam sobie od początku (powstały trzy serie serialu) i czasami po prostu sikam ze śmiechu. Bo oni są śmieszni. Kasia jest postrzelona, chodzi z głową w chmurach. Tomek to czasami gbur, zawsze zrównoważony i opanowany (nawet przy kasinej mamusi :D). Rozmowy między nimi czasami rzucają na kolana. Pokazane sytuacje też: Tomek na klopie, Tomek przeglądający się w lustrze po tym, jak poprzedniego wieczora posmarował się kremem po depilacji, Tomek na fotelu dentystycznym, Kasia cała w papilotach, Kasia w wannie, Kasia myjąca zęby, Kasia i Tomek odwiedzający ojca Tomka w więzieniu, Kasia i Tomek rozmawiający z nadpobudliwą matką Kasi...
Podoba mi się też to, jak serial jest zrobiony: krótkie scenki, których jest w całym odcinku kilka. I każda przeważnie dotyczy czego innego (chyba że odcinek jest tematyczny, jak na przykład wakacje czy wizyta u przyjaciół).
Polecam. To chyba najlepszy polski serial. I świetnie obsadzony - Joasia Brodzik śliczna jak zawsze, Paweł Wilczak brzydki jak zawsze. Pasują do siebie. No i ten serial chyba był początkiem ich związku :D
Dużo Kasi i Tomka można obejrzeć na YT. Polecam :D
wtorek, 19 października 2010
Dzień kupy.
Miewam takie dni niezmiernie rzadko, ale jak już mam to jest tragedia. A dzisiaj wszystko się skumulowało - grypa, dzień kupy, dzień 'nikt mnie nie kocha'. I jestem ryczącą kupą złomu, z sińcami pod oczami, gniazdem os na głowie. Dobrze, że chociaż paznokcie mam ładne, to je podziwiam.
Zazwyczaj gdy bierze mnie taka niemoc to idę w miasto, kupuję sobie coś ładnego, później zamawiam dobry obiad a wieczorem opróżniam butelkę rumu i następnego ranka jestem jak nowa. Ale dzisiaj nie będzie łatwo, bo mam areszt domowy, kupić coś mogę jedynie via siec, ale co to za przyjemność?, mój zmysł smaku ma wolne a rum niewskazany z lekarstwami, które biorę. Kaszana, right? Więc leżę w łóżku, w jednym termosie herbata, w drugim kakao, paczka Oreo's na stoliku nocnym, Nutella wala się po podłodze, Kleenex na podorędziu.
Przyznam się szczerze, że jestem strasznie żałosna jak jestem chora. Nie choruję często, ale jak już zachoruję to, majgad, gorzej niż z chłopem. Jęczę, umieram przynajmniej raz na godzinę, katar mnie wykańcza, kaszel mnie zabija, gorączka mnie osłabia. Podziwiam tych, którzy ze mną są podczas mojej choroby, bo w sumie wcale bym się nie zdziwiła, gdyby mnie na ten czas zamknęli w pokoju bez klamek a jedzenie i medykamenty dostawałabym przez mini-okienko w drzwiach. Święte ludzie, ci moi bliscy.
Kończę, musiałam się po prostu wyżalić :D Dzień kupy i grypa zdecydowanie nie powinny ze sobą współpracować. Ale że nieszczęścia chodzą parami, a ja jestem jak magnes... Matematyka jest prosta :)
Zazwyczaj gdy bierze mnie taka niemoc to idę w miasto, kupuję sobie coś ładnego, później zamawiam dobry obiad a wieczorem opróżniam butelkę rumu i następnego ranka jestem jak nowa. Ale dzisiaj nie będzie łatwo, bo mam areszt domowy, kupić coś mogę jedynie via siec, ale co to za przyjemność?, mój zmysł smaku ma wolne a rum niewskazany z lekarstwami, które biorę. Kaszana, right? Więc leżę w łóżku, w jednym termosie herbata, w drugim kakao, paczka Oreo's na stoliku nocnym, Nutella wala się po podłodze, Kleenex na podorędziu.
Przyznam się szczerze, że jestem strasznie żałosna jak jestem chora. Nie choruję często, ale jak już zachoruję to, majgad, gorzej niż z chłopem. Jęczę, umieram przynajmniej raz na godzinę, katar mnie wykańcza, kaszel mnie zabija, gorączka mnie osłabia. Podziwiam tych, którzy ze mną są podczas mojej choroby, bo w sumie wcale bym się nie zdziwiła, gdyby mnie na ten czas zamknęli w pokoju bez klamek a jedzenie i medykamenty dostawałabym przez mini-okienko w drzwiach. Święte ludzie, ci moi bliscy.
Kończę, musiałam się po prostu wyżalić :D Dzień kupy i grypa zdecydowanie nie powinny ze sobą współpracować. Ale że nieszczęścia chodzą parami, a ja jestem jak magnes... Matematyka jest prosta :)
poniedziałek, 18 października 2010
Mariposa Nail Base Coat - recenzja.
Nigdy nie spotkałam się z produktami Mariposa Nail. Nawet o nich nie słyszałam. Kilka tygodni temu dostałam w prezencie kilka ich produktów (top coat, base coat, odżywkę do paznokci), wrzuciłam je wtedy do szuflady i tak sobie tam leżały. W końcu postanowiłam wypróbować Base Coat. I muszę powiedzieć, że jestem zachwycona :D
Mariposa Nail to marka Clareny, która ma fantastyczne kosmetyki. Jestem fanką ich masek algowych czy kwasów do ciała. I Mariposa zasługuje na dobrą opinię Clareny :D
Base Coat jest cudownym specyfikiem. Zupełnie innym od tych, których używałam do tej pory. Baza jest bardzo wodnista, po aplikacji lepiej nie machać łapami bo baza może spłynąć :D Nie tworzy gładkiej i śliskiej warstwy na paznokciu, nie tworzy wręcz żadnej warstwy - paznokcie wyglądają tak, jakby nic na nich nie było. Lakier trzyma się jak przyklejony, genialnie się rozprowadza. Testowałam tę bazę z matowymi lakierami i tu też sukces - dzięki temu, że paznokcie są tak jakby gołe a baza niewyczuwalna maty nie tracą swego matowego uroku a przynajmniej mamy pewność, że po zmyciu lakieru nie zobaczymy żółtych szponów. Och, zmywanie. Zmywanie lakieru położonego na tę bazę jest genialnie proste. Ciemne lakiery schodzą jak malowane (:D), nie brudzą płytki i palców. Przykładamy wacik, chwilkę trzymamy i ściągamy lakier z całej płytki ;)
Wadą jest to, że baza jest niewydajna.
Buteleczka jest prosta, podobna do opakowania Seche Vite. Pędzelek dość krótki ale przyjemnie się nim operuje. Korek dobrze leży w dłoni.
Nie wiem jak z dystrybucją tych produktów. Na stronie są podane ceny, więc pewnie można robić zakupy przez www. Poza tym pewnie bywają na targach i podobnych imprezach :)
Mariposa Nail to marka Clareny, która ma fantastyczne kosmetyki. Jestem fanką ich masek algowych czy kwasów do ciała. I Mariposa zasługuje na dobrą opinię Clareny :D
![]() |
| zdjęcie pochodzi ze strony Mariposa Nail |
Base Coat jest cudownym specyfikiem. Zupełnie innym od tych, których używałam do tej pory. Baza jest bardzo wodnista, po aplikacji lepiej nie machać łapami bo baza może spłynąć :D Nie tworzy gładkiej i śliskiej warstwy na paznokciu, nie tworzy wręcz żadnej warstwy - paznokcie wyglądają tak, jakby nic na nich nie było. Lakier trzyma się jak przyklejony, genialnie się rozprowadza. Testowałam tę bazę z matowymi lakierami i tu też sukces - dzięki temu, że paznokcie są tak jakby gołe a baza niewyczuwalna maty nie tracą swego matowego uroku a przynajmniej mamy pewność, że po zmyciu lakieru nie zobaczymy żółtych szponów. Och, zmywanie. Zmywanie lakieru położonego na tę bazę jest genialnie proste. Ciemne lakiery schodzą jak malowane (:D), nie brudzą płytki i palców. Przykładamy wacik, chwilkę trzymamy i ściągamy lakier z całej płytki ;)
Wadą jest to, że baza jest niewydajna.
Buteleczka jest prosta, podobna do opakowania Seche Vite. Pędzelek dość krótki ale przyjemnie się nim operuje. Korek dobrze leży w dłoni.
Nie wiem jak z dystrybucją tych produktów. Na stronie są podane ceny, więc pewnie można robić zakupy przez www. Poza tym pewnie bywają na targach i podobnych imprezach :)
I'm thrilled.
Uwielbiam takie klasyczne, neutralne czerwienie jak Thrill. Pasują do każdego i do wszystkiego ;) Niewielkim nakładem pracy uzyskujemy klasyczny i elegancki wygląd. Do tego mała czarna, sznur pereł i okulary muchy, i voila, możemy zdobywać świat :D
Brazyl jest raczej średnio-jasny, nie jaskrawy, ale też i nie stonowany. Wibrujący, ale tak delikatnie. No lubię go bardzo, co poradzę :D
Very classic. Very chic. Very ladylike. Very red :D It's true red, neutral, without any other colors. Only red. Application was great, if you seek strong enough one coat is sufficient (I have two coats cos I always paint my nails with two coats of polish ;)).
Pretty, pretty red nail polish :)
Brazyl jest raczej średnio-jasny, nie jaskrawy, ale też i nie stonowany. Wibrujący, ale tak delikatnie. No lubię go bardzo, co poradzę :D
Very classic. Very chic. Very ladylike. Very red :D It's true red, neutral, without any other colors. Only red. Application was great, if you seek strong enough one coat is sufficient (I have two coats cos I always paint my nails with two coats of polish ;)).
Pretty, pretty red nail polish :)
niedziela, 17 października 2010
Dutch Tulips.
Na Tulipany polowałam bardzo długo. Kiedy je w końcu dorwałam nie byłam zawiedziona :) Inaczej sobie ten kolor wyobrażałam, ale i tak jest piękny. Na mnie to mocno różowa czerwień, momentami nawet bardziej róż niż czerwień. Takie pomieszanie mocnej fuksji z landrynkową czerwienią. Bardzo mi takie efekt odpowiada.
Dutch Tulips is a red shade with very visible pink tones. On me this is more pink than red, but I like it. Application was nice, two coats needed to full opacity.
sobota, 16 października 2010
Siedem.
Lakier ten kojarzy mi się z filmem Siedem :D No po prostu :D
VII to dziwak. To kolor śliwkowego powidła zmieszanego z odrobiną Nutelli. Nie brąz ale tez i nie wysmażona śliwka, coś pomiędzy. W sztucznym świetle wygląda na brąz, jednak światło dzienne wydobywa z niego te śliwkowo-powidłowe nuty. Apliakcja cudowna, pędzelek rewelacyjny. Krycie przy dwóch starannie nałożonych warstwach.
VII to dziwak. To kolor śliwkowego powidła zmieszanego z odrobiną Nutelli. Nie brąz ale tez i nie wysmażona śliwka, coś pomiędzy. W sztucznym świetle wygląda na brąz, jednak światło dzienne wydobywa z niego te śliwkowo-powidłowe nuty. Apliakcja cudowna, pędzelek rewelacyjny. Krycie przy dwóch starannie nałożonych warstwach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






