Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KOBO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KOBO. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 listopada 2010

O bazie pod makijaż słów kilka.

Długo zastanawiałam się, czy pisać o tej bazie czy nie. Na Wizażu nie wzbudziła ona pozytywnych emocji. A według mnie jest ona świetna. Ale tu na wstępie zaznaczę może, że ta recenzja to jest tylko i wyłącznie moja, bardzo subiektywna opinia. I żeby potem nie było, że pi*da nawychwalała a mnie to nie pasi ;) Bo jak wiadomo - ile użytkowniczek tyle opinii :D

Kosmetyki KOBO od samego początku wzbudziły moją ciekawość, i już mam ich spory zbiorek (a już absolutnie genialny jest korektor rozświetlający pod oczy, ale o tym kiedy indziej ;)). Mają ładne, proste opakowania (chociaż czasami trochę jarmarczne), piękne kolory (cieni i róży głównie, bo lakiery nie powalają a podkładów jeszcze nie testowałam ;)) i przyzwoite ceny (24 złote za tusz to naprawdę dobra cena). Więc razu pewnego, gdy tak okupowałam szafę KOBO w mojej Naturze i macałam wszystkie dostępne testery wzrok mój padł na białą buteleczkę z dozownikiem. Baza pod makijaż, hmmmm - me sobie pomyślała. Me lubi bardzo wszelkie bazy, chociaż raczej je kupuje a nie zużywa. A że ta kosztowała dwadzieścia PLN bez grosze - me wzięła bez tzw second thoughts. No bo nad czym tu się zastanawiać? 20PLN za 40ml - deal stulecia.
I taka radosna i leciutka pobiegłam sobie do domu by nowe cudo makijażowe testować. I przechodzim do sedna, bo w grach wstępnych to ja chyba dobra nie jestem ;)

Baza mnie uwiodła. Mam cerę raczej normalną, ostatnio trochę szalejącą i z tego względu bazę zakupiłam - bo jestem zmuszona stosować nieco cięższe niż do tej pory kosmetyki, a te warto czymś utrwalić - czy to bazą czy fiksatorem (tych drugich osobiście nie cierpię, wolę bazy zdecydowanie ;)).
Zmyłam makijaż i nie kładąc nawet kremu od razu wzięłam się za wsmarowywanie bazy (a sama baza jest wodnista, ma postać lekkiej emulsji, nie jest tępa w nakładaniu, wchłania się od razu). I jakie było moje zaskoczenie, gdy (spodziewałam się mega ściągnięcia mojej biednej cery) macając swe policzki poczułam miękkość i gładkość pupy niemowlaka. Podkład (u mnie Bio Detox Burżuja) nakładał się jak krem. I dużo lepiej wyglądał niż położony na sam krem. Baza ma właściwości wygładzające i to i widać, i czuć. Trwałość takiej tapetki (podkład, puder, brązer, róż i kulki wielkiego G.) testowałam w warunkach domowych, przy średniej temperaturze powietrza 26*C. Wszystko to trzymało mi się na mordce z 8 godzin jak nic, a gdzieś tak w połowie mojego testu, po przyłożeniu bibułki matującej (Dermika) śladów wiadomo czego nie było.

Od tamtej pory bazę stosuję codziennie pod makijaż. Na filtrze (u mnie Iwostin Solecrin spf50+) spisuje się rewelacyjnie. Delikatnie filtr matowi, dobrze się na nim wchłania no i makijaż też lepiej leży, no nie oszukujmy się - filtry potrafią obrzydzić nakładanie tapety.

Czyli podsumowując - baza ma mleczny kolor, jest rzadka i ma niezłe właściwości nawilżające (gdybym nie wiedziała że to baza to powiedziałabym, że to przyzwoity krem nawilżający). Butelka jest plastikowa (ale ładna), pompka jest dość sprawna - nie chodzi ani zbyt lekko ani zbyt ciężko. Świetna pojemność - 40ml. Super cena - 19,99. Ja jestem na tak, i to tak entuzjastycznie na tak. Stosuję ją od dwóch tygodni i nie zauważyłam pogorszenia stanu mojej już i tak lekko przymasakrowanej cery.
Aha, chciałabym ostrzec - baza pachnie. Zapachy lubią podrażniać. Ten jest dość delikatny i przyjemny (mnie się kojarzy z morzem i piaskiem, idkw :D) ale może drażnić co wrażliwsze nosy i cery ;)

Przejdźmy do zdjęć :D

Baza:

Obietnice producenta:

Dozownik:

Baza przed rozsmarowaniem:

Baza po rozsmarowaniu:

Skład (zdjęcie zapożyczone z facebooka):

piątek, 12 listopada 2010

Kot, orgazm i kilka nowych nabytków.

Macie swój ulubiony róż i brązer? Bo ja mam :) Kiedyś miałam róży na pęczki - co się pojawiało me to miała, dosłownie :) Bardzo cieszyło mnie kupowanie różowych cudeniek, miałam chyba wszystkie kolory świata - od cukierkowo-landrynkowych po ceglaste brązy. Pewnego dnia kupiłam sobie cudo NARSa, czyli róż i brązer w duecie. O Orgasmie słyszałam już wcześniej, bo to w końcu jeden z najsłynniejszych róży na świecie. A Lagunę zobaczyłam pierwszy raz w momencie kupna.

Znacie pewnie Orgasm, nie? Od jakiegoś czasu ten kolor to po prostu NARSowy must have, mieć go trzeba i koniec kropka. Duplikaty się mnożą jak króliki, jednak żaden z kolorów a'la Orgazm nie dorównuje oryginałowi. Możliwe, że ja jestem zmanipulowana przez całą tą NARSową otoczkę, ale ja Orgazma nie wymienię na żaden inny. Kolor ten jest tak uniwersalny i tak piękny, że pasuje do mnie i wtedy, gdym jest opalona jak i wtedy, gdy jestem już zimowo pobladzona.
Orgazm to róż z brzoskwiniowymi tonami i złotymi drobinkami. Jest zdecydowanie ciepły, chłodne karnacje mogą się z nim gryźć. I chłodnym karnacjom współczuje, bo tracą one najwspanialszy kosmetyk świata ;)))
No i ta nazwa, nie oszukujmy się - Orgazm na policzkach jest zdecydowanie hot :))) Teraz mam ochotę na Super Orgasm, bo jak coś jest super to musi być hot hot hot :D Nie wiem na ile nowa wersja Orgazmu różni się od klasyka, ale czymś się chyba różni, skoro jest super :D



Druga część duetu, czyli Laguna. Bałam się tego brązu szczerze mówiąc. Używam raczej delikatnych brązów, i praktycznie tylko do modelowania. A Laguna jest ciemna, złotawa, z drobinkami (których an szczęście w świetle dziennym nie widać). Jednak był to strach zdecydowanie przedwczesny, nie ma co się laguny bać. Kolor może się wydawaę ciemny, ale na buzi łagodnieje. Pigmentacja jest średnia, więc by wyglądać jak murzin to trzeba się pędzlem namachać. I ja Laguny do modelowania używam, i uważam że nadaje się do tego celu świetnie.
Przy okazji pokażę Wam pędzel, którego do modelowania używam i mogę polecić. Jeśli chcę nałożyć brązer jak róż to ten pędzel się nie nadaje do tego celu, ale do modelowania jest świetny. Jest twardy, zbity, dobrze leży w dłoni. No i jest ładny - jeden z głównych powodów dla których go kupiłam ;)

Laguna - Orgasm

Orgasm - Laguna

pędzel Sephora

Jeśli macie możliwość kupna chociaż różu - to nie wahajcie się. Ten kosmetyk nie jest przereklamowany. Warto, dla nazwy, koloru, efektu, opakowania... :D


Poza tym to byłam sobie dzisiaj na krótkich zakupach. Nie byłabym sobą, gdybym wróciła do domu z niczym :))) Zmywacz w płatkach i żel antybakteryjny do rąk to nabytki przedwyjazdowe, cała reszta dzisiejsza. Glisten Up! do tjuningowania Audrey a No More Drama ma ładną nazwę. Poza tym wzięłam sobie korektor pod oczy, bibułki matujące i patyczki do skórek.



A na koniec kot :D Znacie Kota Simona? Jeśli nie to wujek Google Wam pomoże. Gdy zobaczyłam ten kalendarz to oczy mi się zaświeciły i musiałam, no musiałam go kupić :D Chociaż ja na co dzień nie używam takich rzeczy, to jednak z Kotem Simona chyba się przekonam do tego ustrojstwa ;))) Czy nie jest on słodki? :D



czwartek, 11 listopada 2010

Prezent od KOBO :)



Za umieszczenie na facebooku zdjęcia paznokci pomalowanych lakierem KOBO dostałam tusz i pigment :D Żadnego kosmetyku jeszcze nie testowałam ale już mogę napisać, że z tuszem to się chyba polubimy, bo ma fajną, gęstą silikonową szczotę. Zobaczę jeszcze jak z konsystencją, chociaż jeżeli szczotka jest fajna to konsystencja ma dla mnie mniejsze znaczenie.



Pigment w kolorze Violet Blush (501) to biały proszek opalizujący na różowy fiolet. Pigment ten będzie dobry do rozświetlania łuku brwiowego albo w formie rozświetlacza na policzki. Spróbuję go też zmieszać z bezbarwnym lakierem do paznokci :D



Ze swojej strony bardzo KOBO professional dziękuję :) Kosmetyki zużyję z przyjemnością :D

niedziela, 31 października 2010

KOBO Scenic Look Mascara.

Pierwszy kosmetyk KOBO, który kupiłam. Szybka recenzja porównawcza. Po tygodniu mogę już co nieco o nim napisać. Więc do dzieła :)

KOBO ma sporą szczotę, nie za rzadką ale też nie gęściucha jakiegoś.  Mnie ta szczoteczka nie przestraszyła, właśnie takie uwielbiam. Tusz sam w sobie jest suchy, co tez mi bardzo odpowiada :D Już pierwsza warstwa kosmetyku daje nam piękny, wyraźny efekt, druga daje już efekt mocno teatralny. Cudowne jest to, że tusz nam z rzęs nie kipi, nie zaobserwowałam owadzich nóg. Rzęsy są duże w każdym znaczeniu tego słowa :D Są długie, grube, gęste i właśnie duże, nie wiem jak to opisać, po prostu rzucają się w oczy (loooool, rzęsy rzucające się w oczy xD) swoją wielkością. Ja na codzień stawiam na mocne oko i generalnie bladą resztę. Bez tuszu do rzęs czuję się goła, nie dla mnie tusz, który daje naturalny efekt (chociaż z natury mam długie i gęste rzęsy, niestety cienkie i zawsze, kupując tusz, stawiam na pogrubiające kosmetyki).
Jedyną jego wadą, póki co, jest demakijaż. Płyn micelarny czy tez do demakijażu oczy nie rusza tego tuszu. Ja znalazłam taki sposób, że najpierw naruszam tusz wodą a potem domywam to micelem. Sposób trochę męczący i czasochłonny, ale cóż robić.
Poza tym tusz się nie odbija, nie osypuje itp.



Zrobiłam porównanie szczoteczek KOBO i znanego chyba wszystkim 2000 Calorie. Szczoteczki są podobne, MF ma gęstszą szczotę ale ich działanie jest podobne. W KOBO odpowiada mi bardziej to, że tusz jest bardziej suchy niż MF, trudno więc z nim przesadzić. Poza tym KOBO wypada korzystniej pod względem ceny (24 złote) i pojemności (15ml). Każda z tych dwóch maskar daje nam dramatic look, jednak komfort używania jest, imo, lepszy u KOBO.

l-r: KOBO, MF

g-d: KOBO, MF

P.S. Znalazłam sposób na zmycie tego tuszu. Micel Burżuja daje mu radę, a micele Ziaji i Delii nawet tuszu nie ruszały. Jeden wacik z Burżujkiem na oko i po 10 sekundach mam zmyty makijaż. Jestem wniebowzięta :D

sobota, 30 października 2010

Luminous Baked Colours - swatche pudrów KOBO.

Wiem, że obiecywałam te zdjęcia na wczoraj, ale miałam humor, że się tak wyrażę, z dupy, więc i do zdjęć weny nie było ;) Ale dzisiaj się za to wzięłam. Wiem, że zdjęć jest mało ale mam nadzieję, że jakiś podgląd na te kosmetyki mieć będziecie (swatchy twarzowych nie będzie, bo ja nie umiem takich zdjęć robić, przykro mi).

Na pierwszy rzut pójdzie Snowy White czyli biały wypiekany puder rozświetlający. Bardzo się cieszę, że go kupiłam. Daje piękny efekt Królewny Śnieżki - migoczące, zmrożone policzki. Puder ten nie daje efektu tafli wody, ma w sobie dużo migoczących drobinek, które na policzkach widać mniej lub bardziej (zależy od światła). Fajny kosmetyk za niewygórowaną cenę, łudząco podobny do Luny Chanel (Lunę miałam dawno temu, i naprawdę Chanel od KOBO się nie różni praktycznie niczym). Trzeba go używać z umiarem, bo dość łatwo o przesadę (mimo tego, że puder jest twardy, to na pędzel nabiera się go dużo).




Drugim z mojej malutkiej KOBOkolekcji jest India Rose. Prześliczny. Brudno-różowy, na pierwszy rzut oka bez drobinek, jednak w sztucznym świetle mieni się złotymi, srebrnymi i fioletowymi iskierkami. Na policzkach wygląda wprost fenomenalnie, dodaje takiej świeżości i dziewczęcości. Już go uwielbiam, jest bardzo uniwersalny. Ale też trzeba uważać z aplikacją, bo na pędzlu zostaje go sporo.
Wczoraj testowałam India Rose w zadymionej, ciepłej knajpie i przetrwał cały wieczór, bez uszczerbków, a zazwyczaj tego typu produkty w tego typu miejscach z mojej twarzy znikają w tempie ekspresowym ;)




Aha, dużą wadą tych kosmetyków są brzydkie opakowania. No trochę tandeta - twardy plastik, toporny i przaśny. Szkoda, bo zawartość rewelacyjna.


I na koniec Metro Chic. Bo ten lakier jest po prostu zajebiaszczy i trzeba go pokazywać często i gęsto. Esencja piękna w małej butelce.

piątek, 29 października 2010

KOBO India Rose.

Cieszę się, że kupiłam tylko jeden lakier KOBO. Bo coż z tego, że kolor piękny, skoro aplikacja to jakiś koszmar?

Ale od początku. Na zdjęciach India Rose, numer 11. Piękna czerwień, w odcieniu takiej starej, wysłużonej cegły. Mniam, długo takiej czerwieni szukałam. Niestety, ten lakier ma zbyt wiele wad...

Po pierwsze: pędzelek. Jest maluteńki, króciuteńki, no jak dla krasnoludków. Niżej wrzucę zdjęcia porównawcze z pędzelkami OPI, Essie i Essence, same zobaczycie, jaki to mikrus. Naprawdę ciężko nim pomalować paznokcie. Może gdyby lakier był kryjący...
Po drugie: krycie właśnie. Lakier jest jak woda. Pierwsza warstwa nie kryje w ogóle. Druga już kryje ładnie, ale ciągle są minimalne prześwity. Do jako takiego wyglądu paznokci trzeba trzech warstw, ja już nie miałam siły na trzecią...
Po trzecie: konsystencja. Lakier jest rzadki. Rozlewa się po skórkach. Fuj. Lubie rzadkie lakiery, ale ten jest niefajny. Nie i koniec.
Po czwarte: relacja cena-pojemność. Jestem na nie. Lakier jest malutki, ma 7,5ml pojemności a kosztuje 15 złotych. Helllllooooooł!

Zalety? Kolor. Jest przepiękny. I na tym zalety się kończą. Sama paleta kolorów tego lakieru jest znośna, dużo czerwieni, dużo jasnych, całkiem ładne fiolety. Ale jeśli wszystkie lakiery KOBO są w obsłudze tak koszmarne jak ten... no to ja dziękuję :]

O trwałości wypowiem się kiedy indziej, chociaż nałożyłam na niego warstwę Seche więc powinien przetrwać kilka dni.




I pędzelki:

góra-dół: Essie, KOBO, Essence, OPI

lewo-prawo: Essie, KOBO, Essence, OPI

czwartek, 28 października 2010

Tiny KOBO haul :)

KOBO to nowa marka kosmetyczna, której produkty można dostać w sieci drogerii Natura. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam szafę to nic mnie nie zachwyciło. Owszem, kolory ładne, duży wybór cieni, błyszczyków czy pomadek, kilka kolorów podkładów i pudrów, baza pod cienie, baza pod podkład czy płyn w stylu Duraline Inglota. Do tego Bardzo przystępne ceny. Ale jak już pisałam - nic mnie przy pierwszym oglądaniu nie zachwyciło. Ale stało się tak, że następnego dnia znów zawędrowałam do Natury i bliżej przyjrzałam się kosmetykom KOBO. I wtedy coś we mnie strzeliło (chyba strzała Amora) bo z miejsca zakochałam się w kilku rzeczach :D



Bliżej przyjrzałam się lakierowym czerwieniom KOBO i w oko wpadł mi piękny kolor - dość mocna ale przygaszona czerwień. Chyba czegoś takiego szukałam od długiego czasu. Poza tym świetne pudry wypiekane (chociaż na samych pudrach jest napisane, że to kosmetyk uniwersalny, może być stosowany jako puder, róż lub cień). Wzięłam więc dzisiaj dwa kolory, na próbę. Jeden z nich jest łudząco podobny do kultowej Luny Chanela a drugi jest jak brat bliźniak Orient Sun Guerlaina. Me like takie podobieństwa :D



Po kolei: biały puder Snowy White 312, różowy India Rose 308, lakier India Rose 11 i tusz Scenic Look. O tuszu już mogę się pobieżnie wypowiedzieć - jest świetny :D Ma ogromną szczotę i robi fantastyczne rzeczy z rzęsami. Jest bardzo podobny do Effect Faux Cils YSL, tylko z 5 razy tańszy (tusz ma pojemność 15ml, kosztuje 24 złote). Jedyna jego wadą może być to, że czerń jest nieco wczorajsza, ale na rzęsach tego nie widać.
Dokładniejsze swatche pudrów jutro. Ale nieśmiało mogę napisać, że w India Rose jestem zakochana *.*