Pokazywanie postów oznaczonych etykietą China Glaze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą China Glaze. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 października 2010

Siedem.

Lakier ten kojarzy mi się z filmem Siedem :D No po prostu :D
VII to dziwak. To kolor śliwkowego powidła zmieszanego z odrobiną Nutelli. Nie brąz ale tez i nie wysmażona śliwka, coś pomiędzy. W sztucznym świetle wygląda na brąz, jednak światło dzienne wydobywa z niego te śliwkowo-powidłowe nuty. Apliakcja cudowna, pędzelek rewelacyjny. Krycie przy dwóch starannie nałożonych warstwach.



niedziela, 10 października 2010

Strawberries? Yes please :)

 Najbardziej dziewczęcy i uroczy lakier w moich zbiorach :) Kocham go i noszę bardzo często (może o tym świadczyć to, że w butelce widzę już ubytek - a jak to powiedziała Zuzia - ja mam inny lakier na każdy dzień roku :D).
Strawberry Fields to żywa, wręcz fuksjowa baza ze złotym pyłkiem. Sama słodycz. Ach, mieć znowu siedemnaście lat...

This is the most girly and cute nail polish in my collection. I love it and wear it often. I can see a loss in my bottle already (and, as Zuzia said, I have one nail polish per day in a year :D). 
Strawberry Fields is a bright pink jelly-like base with gold sparks. It's not a glitter, sparks in SF are tiniest, more like a gold dust. Definitely cute and sweet. Ah, to be seventeen again...




wtorek, 5 października 2010

Ready to red?

High Roller czekał na testy od jakichś dwóch miesięcy. Wydawało mi się, że ta czerwień jest dość wtórna, więc jakoś do testów mi się nie spieszyło. I to był błąd. Bo ta czerwień jest przepiękna *.* Klasyka w najczystszym wydaniu. I jaka aplikacja była fantastyczna, mrau. Cudny pędzelek, taka jakby jelly konsystencja. Yum, yum, yum. Cudo :D





Na koniec kawał, który śmieszy mnie chyba od miesiąca.


Niektóre kobiety nie mają orgazmu. W czym tkwi problem?
Otóż problem tkwi tam gdzie powinien, jednak trzeba nim jeszcze umiejętnie poruszać.

Tym optymistycznym akcentem żegnam się :D Do jutra :)))

wtorek, 28 września 2010

Who's Wearing What vs Parlez-vous OPI?


Porównanie dwóch przykurzonych fioletów: Who's Wearing What i Parlez-vous OPI?.W butelkach niemal identyczne, na paznokciach już nie tak podobne. China Glaze jest jaśniejszy niż OPI. Parlez-vous jest też bardziej wrzosem a nie lilakiem. Obydwa należą do tej samej grupy przykurzonych fioletów, jednak kolor bazowy mają różny.

Comparison of two dusty purple shades - Who's Wearing What and Parlez-vous OPI?. In the bottles they're very similar, but on my nails not so very ;) China Glaze is visibly lighter than OPI.
Parlez-vous OPI? is also more heathery than lilac. They're both from the same grup of dirty shades but color base is different.

l-r: PVO?, WWW, PVO?, WWW

Who's wearing what.

Miłość od pierwszego wejrzenia. Brudny liliowy kolor, kremowy, bardzo gęsty. Aplikacja była przyjemna (ten lakier pochodzi z kolekcji Creme Couture, wszystkie kolory z CC są rewelacyjne w aplikacji :)).
Baaaaardzo mój kolor :D Takie właśnie fiolety lubię - brudny, przydymione. Nie dla mnie wibrujące lilaki :D

Dusty lilac shade. Creamy. Thick and opaque. Application was very nice (this one is from Creme Couture Collection and every one color from this collection applies good). 
I love this color. It's so my shade of purple. It's dusty and this kind of purples look really good on my fingers. Love at first sight ;)



poniedziałek, 27 września 2010

OPI&China Glaze

Małe co nieco. Pan listonosz przyniósł mi dzisiaj to:


Od lewej Lunch At The Delhi, No Spain No Gain i Who's Wearing What. Ten ostatni to chyba nieco jaśniejsza wersja Parlez-vous OPI. Trochę się boję tego, że Delhi będzie na mnie pomarańczowy, no ale ponosim - zobaczym :D

poniedziałek, 20 września 2010

Ulubione lakiery.

Jestem osobą, która jest bardzo, bardzo, bardzo wierna marce :D Jak mnie coś urzeknie to będę to kupować do końca ;) W kwestii lakierowej jestem wierna kilku markom - moja pierwsza trójka to OPI, Essie i China Glaze, zaraz za nimi plasuje się Essence. Dlaczego te cztery firmy to moi faworyci?

OPI to były pierwsze profesjonalne lakiery, których próbowałam. Mój pierwszy raz był z kolorem I'm Not Really a Waitress (swatche na dniach). Lata temu, w odległej Ameryce poszłam sobie (a raczej zostałam siłą wzięta) na manicure. Mały salon, duży wybór OPI. Chciałam coś czerwonego, manicurzystka poleciłam mi właśnie Kelnerkę. I ja po kilku dniach wróciłam po buteleczkę do własnego użytku, bo się po prostu w Kelnereczce zakochałam (nie dziwi mnie fenomen tego lakieru, not at all). I to jest chyba jedyny lakier, który (póki co) zużyłam do końca. Potem moja miłość rosła, przytulałam coraz to nowe buteleczki. Teraz mam nieco ponad 70 OPIków, niektóre z nich to miłości nieco już przebrzmiałe, ale ciągle żal się rozstawać - nie nagli mnie ich data spożycia, bo OPI się nie starzeją - mój najstarszy w tej chwili, 10letni Mat-adore Red (swatche jutro :D) ma takie właściwości jak w dniu zakupu - nie zgluciał, nie śmierdzi; może jedynie trochę wolniej schnie, ale ten problem rozwiązuje Seche Vite.
Co mnie jeszcze do OPI przyciąga? Kolory, to wiadomo. OPI ma u siebie i brzydotki, których w życiu bym nie nosiła ale też i pięknoty, do których ślinić się będę z przyjemnością. Moi faworyci? Hmm, pomyślmy... Na pewno muszmieć Jacuś, na pewno Duże Czerwone Jabłuszko, na pewno Kelnerka,na pewno Buraczek z Miami, na pewno boso w Barcelonie, na pewno francuskie łaskotki... Mogłabym wymieniać i wymieniać :D
O właśnie, nazwy. Kocham OPIkowe nazwy - a dla mnie imię lakieru to ważna rzecz. Nie cierpię numerków, według mnie pozbawiają one lakiery duszy; jak lakier ma imię to jakoś lepiej mi się nosi :) Moi faworyci: I'm Not Really a Waitress, Tickle My France-y, Ski Teal We Drop, ChicaGo Get a Manicure!, Kreme de la Kremlin... I znowu mogłabym wymieniać i wymieniać... :D
Jedyne do czego mogłabym się przyczepić to szeroki pędzelek. Jest dla mnie ciut zbyt szeroki, wolę te cienkie i precyzyjne... No i jeszcze cena, która w polskich punktach dostępu do OPI (w skrócie PPDDO) jest nieco zbyt wysoka jak na mój gust...

Kolejna moją marką jest Essie. Z Essiakami to jest chyba tak, że albo się je kocha albo nienawidzi. Ja kocham, chociaż znam od, stosunkowo, niedawna.
Zimą 2009/2010 wymarzyłam sobie szary lakier. Ale wtedy szarych lakierów było jak na lekarstwo, więc po obejrzeniu internetowych swatchy zamówiłam Chinchilly. I to był strzał w dziesiątkę. Do tej pory Szynszylka to moja szarość numer jeden. Zakup ten był tez pierwszym krokiem w stronę wielkiej miłości. Miłości mojej do Essie. Bo ja kocham w Essie wszystko - począwszy na konsystencji, przez pędzelek na kolorach i nazwach skończywszy. Mój zbiór Essie ciągle rośnie, nie jest tak imponujący jak OPI ale pracuje nad tym :D Jestem ogromną fanką czerwieni i kremów, a czerwienie i kremy ma Essie fenomenalne. Moja idealna czerwień to właśnie Essie, Forever Young. Mówię Wam, coś pięknego - tak ślicznej czerwieni w swoim życiu nie widziałam, a widziałam wiele ;)
Świetne są kolekcje limitowane/sezonowe Essie. Jak chociażby tegoroczny letni resort, czy miniona zima (Chinchilly, Mink Muffs, Angora Cardi...). Imiona też te lakiery mają przednie - Wife Goes On, E-nuff is E-nuff, Swept Off My Feet... Może nie są te nazwy tak wyszukane jak u OPI, ale jednak zwracają uwagę.
Lakiery Essie mają cienkie, bardzo precyzyjne pędzelki, konsystencja niektórych jest rzadsza niż to się lakierowo przyjęło - ale mnie to akurat odpowiada. I wiecie, co jest tez fantastyczne u Essie? Ich lustrzany, szklisty połysk. Dwa na trzy lakiery mają właśnie takie wykończenie, zwłaszcza te w mocniejszych barwach.
Ja kochać Essie ale znowu - nie kochać cen w Polsce :/

China Glaze. Bo Chinę się kocha za takie cudowności jak High Maintenance, Channelesque, For Audrey czy Ruby Pumps. Sztandarowe kolory firmy, które nigdy się nie znudzą :D
Znacie Ruby Pumps? Nie? Shame on you :P Bo ten lakier trzeba znać! Jest tak piękny, że normalnie brak słów. Znacie Audrey? Nie? Wstydźcie się :D Znacie Channelesque? Nie? To macie szczęście, bo jego produkcja będzie wznowiona na wiosnę :D Naprawdę warto ChG spróbować, zwłaszcza, że u nas w Polszy jej ceny są całkiem znośne, podobnie jak wybór kolorów. A jakościowo są świetne :)

Na koniec drogeryjna marka. Essence. Za co kocham? Przede wszystkim za limitowane kolekcje. I za ceny. Bo lakier za 5,50 czy 6,99 to jak lód w wafelku czy dwie czekolady. A kolory Essence ma fajne. Jeśli chodzi o kolekcje podstawowe - colour&go i Multi Dimension - mam kilka, z każdej. Bardzo chwalę sobie MD (Spot On to idealny dupe Island Hopping Essie, Late at Night jest taki, jak OPIkowy St. Petersburgundy), a coloru&go maja malutkie buteleczki pełne ślicznych kolorów.
Limitowanki to osobna sprawa. Cudowne kolory - jak chociażby ostatnie lakiery Into the Wild - Zulu *.*, Desert Fox *.* czy Heart Chakra *.*; Eclipse też były fajne, zwłaszcza mój faworyt Thirsty! czy duplikat HEA Orly - Don't Bite Me - Kiss Me. I wiecie co też jest fajne? Częstotliwość wypuszczania LE. Ja wiem, że nie każda dociera do Polski, ale z pomocą przyjaciółek ;) można zdobyć to, czego się aktualnie chce.
Jest jeszcze siostrzana marka Essence czyli Catrice, której lakiery też wielbię. Wielbię za From Dusk To Dawn, Sold Out For Ever, I Sea You, London's Weather Forecast... Cuda, cudeńka.

I jeszcze słowem zakończenia - jestem bardzo zadowolona z moich lakierów firm, które tu opisałam.  Wiadomo, że są kolory bardziej i mniej udane, lepsze i gorsze formuły. Jednak ja nie narzekam - z warstwą Seche Vite wszystko trzyma się mnie jak przyklejone, a Szynszyle kiedyś nosiłam przez tydzień - i zmyłam, bo zwyczajnie zrobił mi się paskudny odrost :D
Jestem wielbicielką kremów, shimmery toleruje jeśli są ładne. A glittery lubię od czasu do czasu ;)


No to się rozpisałam :D Uffff :D

czwartek, 16 września 2010

Spontaneous vs Lucky In Lilac

Catrice Lucky In Lilac, China Glaze Spontaneous
Kolejne małe porównanie dwóch podobnych kolorów. Myślałam, że Lucky In Lilac to duplikat Spontaneous. Ale jednak nie. LIL jest wyraźnie jaśniejszy niż Spontaneous. China Glaze ma też w sobie brudne nutki, których w Catrice brak.


A little comparison of two violets shades. They're very similar but not the same. Lucky In Lilac is visibly lighter than Spontaneous. China Glaze is also a little dirtier than Catrice. Both of them are pretty, but LIL is not a dupe of Spontaneous like I thouht it is ;)

l-r: Lucky In Lilac, Spontaneous, Lycky In Lilac, Spontaneous

poniedziałek, 13 września 2010

Fivepocket Grey vs Recycle vs Jumpy #168

W końcu zmyłam weekendowy manicure w szarościach. Ale przed zmyciem zrobiłam porównanie  podobnych odcieni szarości. Więc mamy na zdjęciach Fivepocket Grey, Recycle i Jumpy #168. I to właśnie ten ostatni jest najbardziej do FG podobny; praktycznie nie różnią się między sobą kolorem, Recycle jest wyraźnie jaśniejszy. Jeśli chodzi o komfort używania - najprzyjemniejszy jest Essence, zdecydowanie. Jest on gęsty, mocno kryjący; dwa pozostałe są wodniste i przejrzyste po pierwszej warstwie. Vipera i ChG potrzebują trzech warstw, Essence jedną - do pełnego krycia.

Comparison of three similar shades of grey: Fivepocket Grey, Recycle and Jumpy #168 (Vipera Jumpy is our polish polish :D it's cheap here, little bottle cost about one buck). Recycle is a lighter one. Fivepocket Grey and Jumpy are almost the same. When it comes to comfort during application - I like the most Essence, definitely. It's thick and application was the best. China Glaze and Vipera are runny and after one coat almost translucent (when one coat of FG is full opaque). I need three coats of ChG and Vipera.
Which one do you like the most?

Od lewej (from left): Fivepocket Grey, Recycle, Jumpy #168, Fivepocket Grey

Recycle, Fivepocket Grey, Jumpy #168

sobota, 11 września 2010

Plain brown shade.

Lakier z kolekcji imMATERIAL GURL. Zwykły brąz, nic szczególnego szczerze powiedziawszy. Kawa z mlekiem, coś w ten deseń. Ładny, ale na pewno nie kupie dużej buteleczki.
Rzadki, potrzeba trzech warstw by nie było prześwitów.

That's it - plain brown color. Nothing too exciting, nothing too much. Just plain and ordinary.
It's warm, medium brown, just like coffee with a lot of milk in it. It's nice, but nothing more.
Polsih is runny, it needs three coats to full opacity.



piątek, 10 września 2010

Taupes - comparison.

A little comparison of my taupe polsihes. From left: China Glaze Channelesque, $OPI Metro Chic, Catrice From Dusk To Dawn and Delia No.1 #53.

czwartek, 9 września 2010

Beloved.

Jeden z moich najpiękniejszych i najcenniejszych (w osobistym rankingu mojego serca ;)) lakierów. Cudo absolutne. I jakże cieszy mnie myśl, że China Glaze wznawia produkcję tego ślicznotka. Już na wiosnę każda z nas będzie mogła się cieszyć swoją własną, nowiuteńką butelką Channelesque. Chociaż Channelesque nie będzie już Channelesque'iem, będzie nosił imię Below Deck, ale co tam nazwa - kolor jest najważniejszy.
A kolor, och, kolor! Channelesque to cudny wrzosowy taupe. Ma w sobie więcej wrzosu niż na przykład Metro Chic, ale baza jest taka sama - szarość, brąz i wrzos. I to wszystko tworzy mieszankę wybuchową :D
Wiem na pewno, że zrobię sobie mały zapas. Channelesque idzie u mnie jak woda, zostało mi już tylko 3/4 buteleczki. Więc zapas jest konieczny, prawda? :)
Must have, zdecydowanie :)


This is one of my most precious polishes. I love it to the death, and I'm so so so happy that Channelesque will be re-released, this time aka Below Deck. You happy? Cos I definitely am :D I'll do a little backup. I'm courious of how Below Deck will be compared to Channelesque. If it'll be the same, or maybe little differences will be visible? 
Channelesque is a beauiful shade of taupish purple. It's more purple-ish than Metro Chic, but the base of color is the same - grey, brown, purple.
Channelesque is super thick, completely opaque afer just one coat. Definitely must have.



sobota, 4 września 2010

Raspberry kind of mood.

Pogoda jest okropna. Zimno, buro, deszczowo. Potrzebowałam jakiegoś kolorowego akcentu, który ubarwiłby moją szarą egzystencję. Padło na czerwono-różowy lakier do paznokci. Podziałało :D
Ciężko znaleźć odpowiednie słowa by opisać ten lakier. Jest czerwony. Jest różowy (i fuksjowy, i magentowy też). Jest metaliczny i mocno drobinkowy. Nie mam nic podobnego w moich magicznych szufladach. Na początku myślałam, że Raspberry Festival jest bratem bliźniakiem Strawberry Fields; jednak mocno się myliłam, lakiery te nie mają ze sobą nic wspólnego. RF to śmieszna hybryda lakieru mocno drobinkowego z metalikiem. Nie jest to typowy metalik, jednak w pewnym oświetleniu wygląda bardzo metalicznie. Jednak przez większą część czasu wygląda jak śliczny drobinkowiec.
Moje paznokcie wyglądają jak zrobione z czerwonego szkła weneckiego. Małe dzieła sztuki ;)

Weather sucks and I need some color in my grey life. So I used awesome red-ish pink-ish polish on my nails. It works :D
It's hard to find good words to describe this polish. Is it red? Definitely. Is it pink? Yeah. Is it metalic? Yes. It's all of this - red, pink (and fuchsia, and magenta also), it's metallic and it has shiny (like really, really shiny) flecks.  I don't have similar color in my drawers :D I thought that Raspberry Festival is like a twin to Strawberry Filds from same collection. But no - they're different. My nails look like made with lace-glass. Awesome.




poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Ball n' Chain.

Typowy lakier do frencha. Mleczny beż, przejrzysty po jednej warstwie, pół-przejrzysty przy dwóch. Miły - tylko tyle mogę o nim napisać.





English please:
Typical french nail polish. Milky beige, translucent after one coat, semi-opaque after two. Nice. Yeah, only nice. There's no more to say about it.

piątek, 20 sierpnia 2010

Tulle.

To był wczorajszy NOTD. W sumie to taki wczorajszowieczorny-dzisiejszodopołudniowy :D Piękny kolor. Tak piękny, że nie wiem od czego zacząć opis.
To może tak: widziałam zdjęcia tego lakieru na naszym blogu Klubu Lakierowego. I on tam był czerwoniusieńki, co mnie się oczywiście spodobało, bo ja jestem red-junkie. No to zaczęłam robić sieciowy risercz, i na każdym zdjęciu Tulle wyglądał inaczej. Nie było innej rady - trza było kupić i empirycznie przekonać się, jaki on ma naprawdę kolor. I znowu risercz - gdzie by tu kupić ten lakier. Padło na pewien polski sklep internetowy. Ale (taaaak, zdobycie Atelier Tulle to była bardzo wyboista droga) okazało się, że wyśniony Tulle jest dostępny tylko w zestawie mini lakierów. Co było robić? Było kupić cały set (dostałam do tego setu sztuczne rzęsy w prezencie, nie wiem z czego się bardziej cieszyłam - z lakierów czy z rzęs xD). Swoją drogą, że tak zejdę z tematu Tulle'a - mini Czajna Glejzy mają 9,6ml pojemności, mini jak nic :D. No to kiedy już miałam te maleństwa w łapkach na pierwszy testowy ogień poszedł wyśniony i wyczekany Atelier Tulle. I jakież było moje zdziwienie, kiedy na paznokciach miast słodkiej, lizakowej czerwieni uzyskałam prze, prze, przecudowną koralową czerwień o brzoskwiniowych tonach. Jestem w niebie :D I bardzo doceniam też to, że mimo mini pojemności lakier ma bardzo wygodny pędzelek wcale nie w wersji mini (kto zna mini OPI wie, jak bardzo niewygodne może być malowanie maleńkim pędzelkiem).

Pora kończyć te moje wywody. Najwyższy czas na zdjęcia :)





English please:
This is not a typical red color. There is a hint of coral in it and it also has peachy undertones. So it's red but not red. Anyway I really like it, it's very my color - I love every kind of coral nail polishes (my HG is Baguette Me Not, but Atelier Tulle is the second one on my Best Coral Nail Polishes list :D).
Tulle applies like a dream, polish is thick and creamy and I love brush (I have a mini set, but brush isn't a mini version, and I appreciate it a lot - I have a few mini OPI's and I really hate mini brushes...).

czwartek, 19 sierpnia 2010

Charming

Śródziemnomorski czaruś to piękny kolor. Róż z wyraźnymi czerwonymi podtonami. Nieco jaśniejsza wersja Dutch Tulips. Piękny, piękny, piękny :)
Na pewno nie jest to formalny kolor - jest żywy, wesoły, taki słoneczny :D Absolutnie mnie w sobie rozkochał, w końcu to czaruś, nie?





English please:
O my, this is absolutely awesome color :D I think it's a dupe of Dutch Tulips, maybe Charm is lightly brighter than Dutch Tulips. It's pretty pink with reds undertones. So, so, so pretty :) It's bright but not too bright. Sometimes it's red and sometimes it's pink. I love it. It's perfect :)

środa, 18 sierpnia 2010

NOTD: Italian Red

Dzisiaj miało być wielkie słoczowanie, ale jestem masakrycznie zmęczona (dopadło mnie coś jak przesilenie), więc słoczing przeniesiony na, miejmy nadzieję, jutro :)
Ale oczywiście NOTD musi być. Padło na Italian Red bo bardzo chciałam zobaczyć, czy IR będzie moją wymarzoną pomarańczową czerwienią.
Jak już niektórzy wiedzą, moje dłonie mają tendencję do wybijania pomarańczowych nut (muszę Wam pokazać na dniach jak wygląda znienawidzona przeze mnie krewetka na paznokciach moich i Aggie, nie uwierzycie, że to ten sam lakier :D). Bardzo się bałam, że włoska czerwonka będzie na mnie paskudnym pomarańczem. Na szczęście w końcu znalazłam idealną pomarańczową czerwień (*inner happy dance*). Pomarańczu jest w tym lakierze szczypta tak niewielka, że nie wybija na mnie całego swego pomarańczowego uroku. No i to śliczne żelusiowe wykończenie nadaje dłoniom lekkości. Zdecydowanie odkrycie tygodnia (póki co :D).

Tadam:






English please:
I'm so tired. I was to do some swatching today, but I don't have willingness (and energy), sorry ;).
But - I painted my nails, of course. My seeking for perfect orange-y red has been dragging on for months. I've tried numerous nail polishes but each one was TOO ORANGE on me (Cajun Shrimp, bleah). And now I found. Italian Red is perfect red with hint (HINT not a sea) of orange. I was afraid that it'll be like Sultry or Cajun Shrimp, but fortunately it's red orange-y nail polish from my dreams. It looks sooooo beautiful on my fingers. I think I'm in love :D 
Italian Red is creamy polish with jelly finish. It's a little runny - it might be difficult to applies for polishes newbies ;)

Some new stuff. Again.

Wczorajsze zakupy. Jak się to mówi, miłego oglądania! :D

Lakiery z zestawu imMATERIAL GURL. Sliczności :) Od lewej: Vintage Crepe, Designer Satin, Second-hand Silk, Mom's Chiffon, Heirloom Organza i Atelier Tulle.

Mediterranean Charm, High Roller, Italian Red i Matte Magic.

Queen of Hearts z edycji limitowanej essie loves diamonds by Judith Ripka, Santa Fe Mauve, Over The Knee, Pepperoni, Forever Young; i Delia No.1 #51 i #53.

Stempelek Essence, Divalicious Red Essence oraz lakiery z edycji limitowanej Oceana Catrice: Pebble Beach (matowy), Sea of Green (matowy), Blue out to Sea  i Ocean Sunset.

I na koniec H&M. Te maleństwa są słodkie, ale mają tylko 3,2ml pojemności. Trochę jak jednorazówki :D Od lewej: Grey Sky, Blue Sky, Fashionista, Razzle Dazzle i Deeply in Red with U.

English please:
Promise is promise :D Few polishes which I bought yesterday. Enjoy! :D

1. Minis from imMATERIAL GURL set:
Vintage Crepe, Designer Satin, Second-hand Silk, Mom's Chiffon, Heirloom Organza i Atelier Tulle.
2. Mediterranean Charm, high Roller, Italian Red i Matte Magic.
3. Queen of Hearts from LE essie loves diamonds by Judith Ripka, Santa Fe Mauve, Over The Knee, Pepperoni, Forever Young;  Delia No.1 #51 i #53 (Delia is our polish cosmetic brand)
4.Essence stampy set, Divalicious Red Essence and polishes from Oceana TE: Pebble Beach (matte), Sea of Green (matte), Blue out to Sea  i Ocean Sunset
5. H&M polishes. This mini bottles are so cute, but so small :/ Grey Sky, Blue Sky, Fashionista, Razzle Dazzle and Deeply in Red with U.