Jestem osobą, która jest bardzo, bardzo, bardzo wierna marce :D Jak mnie coś urzeknie to będę to kupować do końca ;) W kwestii lakierowej jestem wierna kilku markom - moja pierwsza trójka to
OPI,
Essie i
China Glaze, zaraz za nimi plasuje się
Essence. Dlaczego te cztery firmy to moi faworyci?
OPI to były pierwsze profesjonalne lakiery, których próbowałam. Mój pierwszy raz był z kolorem
I'm Not Really a Waitress (swatche na dniach). Lata temu, w odległej Ameryce poszłam sobie (a raczej zostałam siłą wzięta) na manicure. Mały salon, duży wybór
OPI. Chciałam coś czerwonego, manicurzystka poleciłam mi właśnie Kelnerkę. I ja po kilku dniach wróciłam po buteleczkę do własnego użytku, bo się po prostu w Kelnereczce zakochałam (nie dziwi mnie fenomen tego lakieru, not at all). I to jest chyba jedyny lakier, który (póki co) zużyłam do końca. Potem moja miłość rosła, przytulałam coraz to nowe buteleczki. Teraz mam nieco ponad 70 OPIków, niektóre z nich to miłości nieco już przebrzmiałe, ale ciągle żal się rozstawać - nie nagli mnie ich data spożycia, bo OPI się nie starzeją - mój najstarszy w tej chwili, 10letni
Mat-adore Red (swatche jutro :D) ma takie właściwości jak w dniu zakupu - nie zgluciał, nie śmierdzi; może jedynie trochę wolniej schnie, ale ten problem rozwiązuje Seche Vite.
Co mnie jeszcze do
OPI przyciąga? Kolory, to wiadomo.
OPI ma u siebie i brzydotki, których w życiu bym nie nosiła ale też i pięknoty, do których ślinić się będę z przyjemnością. Moi faworyci? Hmm, pomyślmy... Na pewno
muszmieć Jacuś, na pewno Duże Czerwone Jabłuszko, na pewno Kelnerka,na pewno Buraczek z Miami, na pewno boso w Barcelonie, na pewno francuskie łaskotki... Mogłabym wymieniać i wymieniać :D
O właśnie, nazwy. Kocham
OPIkowe nazwy - a dla mnie imię lakieru to ważna rzecz. Nie cierpię numerków, według mnie pozbawiają one lakiery duszy; jak lakier ma imię to jakoś lepiej mi się nosi :) Moi faworyci:
I'm Not Really a Waitress,
Tickle My France-y,
Ski Teal We Drop,
ChicaGo Get a Manicure!,
Kreme de la Kremlin... I znowu mogłabym wymieniać i wymieniać... :D
Jedyne do czego mogłabym się przyczepić to szeroki pędzelek. Jest dla mnie ciut zbyt szeroki, wolę te cienkie i precyzyjne... No i jeszcze cena, która w polskich punktach dostępu do OPI (w skrócie PPDDO) jest
nieco zbyt wysoka jak na mój gust...
Kolejna
moją marką jest
Essie. Z
Essiakami to jest chyba tak, że albo się je kocha albo nienawidzi. Ja kocham, chociaż znam od, stosunkowo, niedawna.
Zimą 2009/2010 wymarzyłam sobie szary lakier. Ale wtedy szarych lakierów było jak na lekarstwo, więc po obejrzeniu internetowych swatchy zamówiłam
Chinchilly. I to był strzał w dziesiątkę. Do tej pory Szynszylka to moja szarość numer jeden. Zakup ten był tez pierwszym krokiem w stronę wielkiej miłości. Miłości mojej do
Essie. Bo ja kocham w
Essie wszystko - począwszy na konsystencji, przez pędzelek na kolorach i nazwach skończywszy. Mój zbiór
Essie ciągle rośnie, nie jest tak imponujący jak
OPI ale pracuje nad tym :D Jestem ogromną fanką czerwieni i kremów, a czerwienie i kremy ma
Essie fenomenalne. Moja idealna czerwień to właśnie
Essie,
Forever Young. Mówię Wam, coś pięknego - tak ślicznej czerwieni w swoim życiu nie widziałam, a widziałam wiele ;)
Świetne są kolekcje limitowane/sezonowe
Essie. Jak chociażby tegoroczny letni resort, czy miniona zima (
Chinchilly,
Mink Muffs,
Angora Cardi...). Imiona też te lakiery mają przednie -
Wife Goes On,
E-nuff is E-nuff,
Swept Off My Feet... Może nie są te nazwy tak wyszukane jak u
OPI, ale jednak zwracają uwagę.
Lakiery
Essie mają cienkie, bardzo precyzyjne pędzelki, konsystencja niektórych jest rzadsza niż to się lakierowo przyjęło - ale mnie to akurat odpowiada. I wiecie, co jest tez fantastyczne u
Essie? Ich lustrzany, szklisty połysk. Dwa na trzy lakiery mają właśnie takie wykończenie, zwłaszcza te w mocniejszych barwach.
Ja kochać
Essie ale znowu - nie kochać cen w Polsce :/
China Glaze. Bo Chinę się kocha za takie cudowności jak
High Maintenance,
Channelesque,
For Audrey czy
Ruby Pumps. Sztandarowe kolory firmy, które nigdy się nie znudzą :D
Znacie
Ruby Pumps? Nie?
Shame on you :P Bo ten lakier trzeba znać! Jest tak piękny, że normalnie brak słów. Znacie
Audrey? Nie? Wstydźcie się :D Znacie
Channelesque? Nie? To macie szczęście, bo jego produkcja będzie wznowiona na wiosnę :D Naprawdę warto
ChG spróbować, zwłaszcza, że u nas w Polszy jej ceny są całkiem znośne, podobnie jak wybór kolorów. A jakościowo są świetne :)
Na koniec drogeryjna marka.
Essence. Za co kocham? Przede wszystkim za limitowane kolekcje. I za ceny. Bo lakier za 5,50 czy 6,99 to jak lód w wafelku czy dwie czekolady. A kolory
Essence ma fajne. Jeśli chodzi o kolekcje podstawowe -
colour&go i
Multi Dimension - mam kilka, z każdej. Bardzo chwalę sobie MD (
Spot On to idealny dupe
Island Hopping Essie,
Late at Night jest taki, jak
OPIkowy
St. Petersburgundy), a coloru&go maja malutkie buteleczki pełne ślicznych kolorów.
Limitowanki to osobna sprawa. Cudowne kolory - jak chociażby ostatnie lakiery
Into the Wild -
Zulu *.*,
Desert Fox *.* czy
Heart Chakra *.*;
Eclipse też były fajne, zwłaszcza mój faworyt
Thirsty! czy duplikat
HEA Orly -
Don't Bite Me - Kiss Me. I wiecie co też jest fajne? Częstotliwość wypuszczania LE. Ja wiem, że nie każda dociera do Polski, ale z pomocą przyjaciółek ;) można zdobyć to, czego się aktualnie chce.
Jest jeszcze siostrzana marka
Essence czyli
Catrice, której lakiery też wielbię. Wielbię za
From Dusk To Dawn,
Sold Out For Ever,
I Sea You,
London's Weather Forecast... Cuda, cudeńka.
I jeszcze słowem zakończenia - jestem bardzo zadowolona z moich lakierów firm, które tu opisałam. Wiadomo, że są kolory bardziej i mniej udane, lepsze i gorsze formuły. Jednak ja nie narzekam - z warstwą Seche Vite wszystko trzyma się mnie jak przyklejone, a Szynszyle kiedyś nosiłam przez tydzień - i zmyłam, bo zwyczajnie zrobił mi się paskudny odrost :D
Jestem wielbicielką kremów, shimmery toleruje jeśli są ładne. A glittery lubię od czasu do czasu ;)
No to się rozpisałam :D Uffff :D