Ale od początku. Na zdjęciach India Rose, numer 11. Piękna czerwień, w odcieniu takiej starej, wysłużonej cegły. Mniam, długo takiej czerwieni szukałam. Niestety, ten lakier ma zbyt wiele wad...
Po pierwsze: pędzelek. Jest maluteńki, króciuteńki, no jak dla krasnoludków. Niżej wrzucę zdjęcia porównawcze z pędzelkami OPI, Essie i Essence, same zobaczycie, jaki to mikrus. Naprawdę ciężko nim pomalować paznokcie. Może gdyby lakier był kryjący...
Po drugie: krycie właśnie. Lakier jest jak woda. Pierwsza warstwa nie kryje w ogóle. Druga już kryje ładnie, ale ciągle są minimalne prześwity. Do jako takiego wyglądu paznokci trzeba trzech warstw, ja już nie miałam siły na trzecią...
Po trzecie: konsystencja. Lakier jest rzadki. Rozlewa się po skórkach. Fuj. Lubie rzadkie lakiery, ale ten jest niefajny. Nie i koniec.
Po czwarte: relacja cena-pojemność. Jestem na nie. Lakier jest malutki, ma 7,5ml pojemności a kosztuje 15 złotych. Helllllooooooł!
Zalety? Kolor. Jest przepiękny. I na tym zalety się kończą. Sama paleta kolorów tego lakieru jest znośna, dużo czerwieni, dużo jasnych, całkiem ładne fiolety. Ale jeśli wszystkie lakiery KOBO są w obsłudze tak koszmarne jak ten... no to ja dziękuję :]
O trwałości wypowiem się kiedy indziej, chociaż nałożyłam na niego warstwę Seche więc powinien przetrwać kilka dni.
I pędzelki:
góra-dół: Essie, KOBO, Essence, OPI
lewo-prawo: Essie, KOBO, Essence, OPI
