Długo zastanawiałam się, czy pisać o tej bazie czy nie. Na Wizażu nie wzbudziła ona pozytywnych emocji. A według mnie jest ona świetna. Ale tu na wstępie zaznaczę może, że ta recenzja to jest tylko i wyłącznie moja, bardzo subiektywna opinia. I żeby potem nie było, że pi*da nawychwalała a mnie to nie pasi ;) Bo jak wiadomo - ile użytkowniczek tyle opinii :D
Kosmetyki KOBO od samego początku wzbudziły moją ciekawość, i już mam ich spory zbiorek (a już absolutnie genialny jest korektor rozświetlający pod oczy, ale o tym kiedy indziej ;)). Mają ładne, proste opakowania (chociaż czasami trochę jarmarczne), piękne kolory (cieni i róży głównie, bo lakiery nie powalają a podkładów jeszcze nie testowałam ;)) i przyzwoite ceny (24 złote za tusz to naprawdę dobra cena). Więc razu pewnego, gdy tak okupowałam szafę KOBO w mojej Naturze i macałam wszystkie dostępne testery wzrok mój padł na białą buteleczkę z dozownikiem. Baza pod makijaż, hmmmm - me sobie pomyślała. Me lubi bardzo wszelkie bazy, chociaż raczej je kupuje a nie zużywa. A że ta kosztowała dwadzieścia PLN bez grosze - me wzięła bez tzw second thoughts. No bo nad czym tu się zastanawiać? 20PLN za 40ml - deal stulecia.
I taka radosna i leciutka pobiegłam sobie do domu by nowe cudo makijażowe testować. I przechodzim do sedna, bo w grach wstępnych to ja chyba dobra nie jestem ;)
Baza mnie uwiodła. Mam cerę raczej normalną, ostatnio trochę szalejącą i z tego względu bazę zakupiłam - bo jestem zmuszona stosować nieco cięższe niż do tej pory kosmetyki, a te warto czymś utrwalić - czy to bazą czy fiksatorem (tych drugich osobiście nie cierpię, wolę bazy zdecydowanie ;)).
Zmyłam makijaż i nie kładąc nawet kremu od razu wzięłam się za wsmarowywanie bazy (a sama baza jest wodnista, ma postać lekkiej emulsji, nie jest tępa w nakładaniu, wchłania się od razu). I jakie było moje zaskoczenie, gdy (spodziewałam się mega ściągnięcia mojej biednej cery) macając swe policzki poczułam miękkość i gładkość pupy niemowlaka. Podkład (u mnie Bio Detox Burżuja) nakładał się jak krem. I dużo lepiej wyglądał niż położony na sam krem. Baza ma właściwości wygładzające i to i widać, i czuć. Trwałość takiej tapetki (podkład, puder, brązer, róż i kulki wielkiego G.) testowałam w warunkach domowych, przy średniej temperaturze powietrza 26*C. Wszystko to trzymało mi się na mordce z 8 godzin jak nic, a gdzieś tak w połowie mojego testu, po przyłożeniu bibułki matującej (Dermika) śladów wiadomo czego nie było.
Od tamtej pory bazę stosuję codziennie pod makijaż. Na filtrze (u mnie Iwostin Solecrin spf50+) spisuje się rewelacyjnie. Delikatnie filtr matowi, dobrze się na nim wchłania no i makijaż też lepiej leży, no nie oszukujmy się - filtry potrafią obrzydzić nakładanie tapety.
Czyli podsumowując - baza ma mleczny kolor, jest rzadka i ma niezłe właściwości nawilżające (gdybym nie wiedziała że to baza to powiedziałabym, że to przyzwoity krem nawilżający). Butelka jest plastikowa (ale ładna), pompka jest dość sprawna - nie chodzi ani zbyt lekko ani zbyt ciężko. Świetna pojemność - 40ml. Super cena - 19,99. Ja jestem na tak, i to tak entuzjastycznie na tak. Stosuję ją od dwóch tygodni i nie zauważyłam pogorszenia stanu mojej już i tak lekko przymasakrowanej cery.
Aha, chciałabym ostrzec - baza pachnie. Zapachy lubią podrażniać. Ten jest dość delikatny i przyjemny (mnie się kojarzy z morzem i piaskiem, idkw :D) ale może drażnić co wrażliwsze nosy i cery ;)
Przejdźmy do zdjęć :D
Baza:
Obietnice producenta:
Dozownik:
Baza przed rozsmarowaniem:
Baza po rozsmarowaniu:
Skład (zdjęcie zapożyczone z facebooka):
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 16 listopada 2010
poniedziałek, 18 października 2010
Mariposa Nail Base Coat - recenzja.
Nigdy nie spotkałam się z produktami Mariposa Nail. Nawet o nich nie słyszałam. Kilka tygodni temu dostałam w prezencie kilka ich produktów (top coat, base coat, odżywkę do paznokci), wrzuciłam je wtedy do szuflady i tak sobie tam leżały. W końcu postanowiłam wypróbować Base Coat. I muszę powiedzieć, że jestem zachwycona :D
Mariposa Nail to marka Clareny, która ma fantastyczne kosmetyki. Jestem fanką ich masek algowych czy kwasów do ciała. I Mariposa zasługuje na dobrą opinię Clareny :D
Base Coat jest cudownym specyfikiem. Zupełnie innym od tych, których używałam do tej pory. Baza jest bardzo wodnista, po aplikacji lepiej nie machać łapami bo baza może spłynąć :D Nie tworzy gładkiej i śliskiej warstwy na paznokciu, nie tworzy wręcz żadnej warstwy - paznokcie wyglądają tak, jakby nic na nich nie było. Lakier trzyma się jak przyklejony, genialnie się rozprowadza. Testowałam tę bazę z matowymi lakierami i tu też sukces - dzięki temu, że paznokcie są tak jakby gołe a baza niewyczuwalna maty nie tracą swego matowego uroku a przynajmniej mamy pewność, że po zmyciu lakieru nie zobaczymy żółtych szponów. Och, zmywanie. Zmywanie lakieru położonego na tę bazę jest genialnie proste. Ciemne lakiery schodzą jak malowane (:D), nie brudzą płytki i palców. Przykładamy wacik, chwilkę trzymamy i ściągamy lakier z całej płytki ;)
Wadą jest to, że baza jest niewydajna.
Buteleczka jest prosta, podobna do opakowania Seche Vite. Pędzelek dość krótki ale przyjemnie się nim operuje. Korek dobrze leży w dłoni.
Nie wiem jak z dystrybucją tych produktów. Na stronie są podane ceny, więc pewnie można robić zakupy przez www. Poza tym pewnie bywają na targach i podobnych imprezach :)
Mariposa Nail to marka Clareny, która ma fantastyczne kosmetyki. Jestem fanką ich masek algowych czy kwasów do ciała. I Mariposa zasługuje na dobrą opinię Clareny :D
![]() |
| zdjęcie pochodzi ze strony Mariposa Nail |
Base Coat jest cudownym specyfikiem. Zupełnie innym od tych, których używałam do tej pory. Baza jest bardzo wodnista, po aplikacji lepiej nie machać łapami bo baza może spłynąć :D Nie tworzy gładkiej i śliskiej warstwy na paznokciu, nie tworzy wręcz żadnej warstwy - paznokcie wyglądają tak, jakby nic na nich nie było. Lakier trzyma się jak przyklejony, genialnie się rozprowadza. Testowałam tę bazę z matowymi lakierami i tu też sukces - dzięki temu, że paznokcie są tak jakby gołe a baza niewyczuwalna maty nie tracą swego matowego uroku a przynajmniej mamy pewność, że po zmyciu lakieru nie zobaczymy żółtych szponów. Och, zmywanie. Zmywanie lakieru położonego na tę bazę jest genialnie proste. Ciemne lakiery schodzą jak malowane (:D), nie brudzą płytki i palców. Przykładamy wacik, chwilkę trzymamy i ściągamy lakier z całej płytki ;)
Wadą jest to, że baza jest niewydajna.
Buteleczka jest prosta, podobna do opakowania Seche Vite. Pędzelek dość krótki ale przyjemnie się nim operuje. Korek dobrze leży w dłoni.
Nie wiem jak z dystrybucją tych produktów. Na stronie są podane ceny, więc pewnie można robić zakupy przez www. Poza tym pewnie bywają na targach i podobnych imprezach :)
poniedziałek, 4 października 2010
Cuticle rescue team.
Pisałam już o tym, czym usuwam skórki. To teraz może napiszę o tym, czym je pielęgnuję :)
Teoretycznie tylko jeden z trzech produktów, które dzisiaj zrecenzuję, jest przeznaczony do skórek, ale mnie odpowiadają wszystkie trzy ;) Mniej lub bardziej, ale odpowiadają i są odpowiednią kuracją nawilżającą i odżywczą dla moich skóreczek :D
Bardzo często używam zmywacza do paznokci (inner voice: no shit, Sherlock o.O). Mimo, że bezacetonowego, to jednak moje skórki po takich akcjach nie są w najlepszej kondycji. Biedne, suche, niekochane. Po każdym takim swatching-day zapewniam moim dłoniom kurację odżywczą. Często jest to peeling plus odżywczy krem (tutaj preferuję saszetki, kilka moich ulubionych pokażę Wam na dniach) a czasami moczenie paznokci w ciepłej oliwie. Zawsze po takich zabiegach zajmuję się skórkami.
SOS nail care balm to produkt od Essence. Kosmetyk ma postać gęstej, trochę tępej pasty. Producent obiecuje nam nawilżenie skórek i paznokci. Czy jest to faktycznie cudo czy może bardziej cudo? Chyba jest to coś pośrodku. Nie jest to zły kosmetyk, ale też nie jakoś rewelacyjnie świetny ;)
Zacznę od tego, że bardzo denerwuje mnie konsystencja tego balsamiku. Nie lubię tego typu past. Ale muszę przyznać, że mimo swojej tępoty balsam wchłania się szybko, nie zostawia tłustej warstwy i odczuwalnie nawilża i płytkę paznokcia jak i skórki. Jednak nie ma co się spodziewać hiper-nawilżenia. Przy dłuższym stosowaniu widać delikatną różnicę w stanie skórek. Lubię ten balsam i stosuję go, gdy mi się spieszy - szybko się wchłania i nie zostawia tłustej warstwy na paznokciach, ogromny plus :)
CHI Ceramic Cuticle Oil. Olejek nawilża suchą skórę wokół paznokcia, nadaje jej miękkość i pozostawia świeży, brzoskwiniowy zapach. Zawiera ceramidy, naturalny jedwab i nano-cząsteczki srebra odpowiedzialne za niszczenie bakterii i grzybów znajdujących się na płytce paznokcia i na skórkach. Tyle od producenta.
Moje odczucia? To jest preparat, którego używam najdłużej. Niestety nieregularnie, ale na tyle często, by móc mu wystawić ocenę. Olejek jest olejkowaty, nie za gęsty ale też i nie rzadki. Używam dołączonego zakraplacza - kropelka na paznokieć i jedziemy. Miło mi się go używa, jednak wmasowanie go i czekanie aż się wchłonie wymaga poświęcenia czasu. Efekty widać od razu - skórki robią się miękkie i delikatne, przy regularnym stosowaniu taki stan się utrzymuje , możemy zapomnieć o zadziorkach czy suchych i pękających skórach. Jednak tak jak pisałam - używanie go jest dość upierdliwe i czasochłonne. Dużą jego zaleta jest cena - zapłaciłam niecałe 16 złotych, jest duży (15ml), wydajny i można wybrać formę aplikacji - pędzelek albo dołączony zakraplacz.
I ostatni. JOKO Olejek do paznokci. Jest tłustawy ale wchłania się migusiem. Pachnie sztucznie, cytrynowo, trochę jak CIF. Ale działa. Tego akurat używałam regularnie, teraz trochę mniej ale ciągle. Nakładam go po zmyciu lakieru z paznokci, wmasowuję i czekam aż się wchłonie (zwykle jakieś 30 minut). Dobra alternatywa dla odżywki w formie lakieru. Jeśli ktoś nie lubi mieć kilku warstw lakierowej odżywki na paznokciach może spokojnie sięgnąć po ten olejek. Działa i na skorki (wyraźnie zmiękcza i nawilża) jak i na paznokcie (nawilżenie płytki jest wyraźnie odczuwalne). Pojemność 10ml, cena około 8 złotych. Wadą jest tandetne opakowanie i plastikowy korek, który lubi szybko pękać. Pędzelek tez nie nalezy do najlepszych, ale że z tego się nie strzela, narzekać nie będę ;)
A Wy czego używacie do pielęgnacji delikatnych skórek wokół paznokci?
Teoretycznie tylko jeden z trzech produktów, które dzisiaj zrecenzuję, jest przeznaczony do skórek, ale mnie odpowiadają wszystkie trzy ;) Mniej lub bardziej, ale odpowiadają i są odpowiednią kuracją nawilżającą i odżywczą dla moich skóreczek :D
Bardzo często używam zmywacza do paznokci (inner voice: no shit, Sherlock o.O). Mimo, że bezacetonowego, to jednak moje skórki po takich akcjach nie są w najlepszej kondycji. Biedne, suche, niekochane. Po każdym takim swatching-day zapewniam moim dłoniom kurację odżywczą. Często jest to peeling plus odżywczy krem (tutaj preferuję saszetki, kilka moich ulubionych pokażę Wam na dniach) a czasami moczenie paznokci w ciepłej oliwie. Zawsze po takich zabiegach zajmuję się skórkami.
SOS nail care balm to produkt od Essence. Kosmetyk ma postać gęstej, trochę tępej pasty. Producent obiecuje nam nawilżenie skórek i paznokci. Czy jest to faktycznie cudo czy może bardziej cudo? Chyba jest to coś pośrodku. Nie jest to zły kosmetyk, ale też nie jakoś rewelacyjnie świetny ;)
Zacznę od tego, że bardzo denerwuje mnie konsystencja tego balsamiku. Nie lubię tego typu past. Ale muszę przyznać, że mimo swojej tępoty balsam wchłania się szybko, nie zostawia tłustej warstwy i odczuwalnie nawilża i płytkę paznokcia jak i skórki. Jednak nie ma co się spodziewać hiper-nawilżenia. Przy dłuższym stosowaniu widać delikatną różnicę w stanie skórek. Lubię ten balsam i stosuję go, gdy mi się spieszy - szybko się wchłania i nie zostawia tłustej warstwy na paznokciach, ogromny plus :)
CHI Ceramic Cuticle Oil. Olejek nawilża suchą skórę wokół paznokcia, nadaje jej miękkość i pozostawia świeży, brzoskwiniowy zapach. Zawiera ceramidy, naturalny jedwab i nano-cząsteczki srebra odpowiedzialne za niszczenie bakterii i grzybów znajdujących się na płytce paznokcia i na skórkach. Tyle od producenta.
Moje odczucia? To jest preparat, którego używam najdłużej. Niestety nieregularnie, ale na tyle często, by móc mu wystawić ocenę. Olejek jest olejkowaty, nie za gęsty ale też i nie rzadki. Używam dołączonego zakraplacza - kropelka na paznokieć i jedziemy. Miło mi się go używa, jednak wmasowanie go i czekanie aż się wchłonie wymaga poświęcenia czasu. Efekty widać od razu - skórki robią się miękkie i delikatne, przy regularnym stosowaniu taki stan się utrzymuje , możemy zapomnieć o zadziorkach czy suchych i pękających skórach. Jednak tak jak pisałam - używanie go jest dość upierdliwe i czasochłonne. Dużą jego zaleta jest cena - zapłaciłam niecałe 16 złotych, jest duży (15ml), wydajny i można wybrać formę aplikacji - pędzelek albo dołączony zakraplacz.
I ostatni. JOKO Olejek do paznokci. Jest tłustawy ale wchłania się migusiem. Pachnie sztucznie, cytrynowo, trochę jak CIF. Ale działa. Tego akurat używałam regularnie, teraz trochę mniej ale ciągle. Nakładam go po zmyciu lakieru z paznokci, wmasowuję i czekam aż się wchłonie (zwykle jakieś 30 minut). Dobra alternatywa dla odżywki w formie lakieru. Jeśli ktoś nie lubi mieć kilku warstw lakierowej odżywki na paznokciach może spokojnie sięgnąć po ten olejek. Działa i na skorki (wyraźnie zmiękcza i nawilża) jak i na paznokcie (nawilżenie płytki jest wyraźnie odczuwalne). Pojemność 10ml, cena około 8 złotych. Wadą jest tandetne opakowanie i plastikowy korek, który lubi szybko pękać. Pędzelek tez nie nalezy do najlepszych, ale że z tego się nie strzela, narzekać nie będę ;)
A Wy czego używacie do pielęgnacji delikatnych skórek wokół paznokci?
piątek, 1 października 2010
Sephora Super Hand Scrub - recenzja.
Wykończyłam dzisiaj jeden z moich ciągłych muszmieciów ;) To jest gadżet, nie przeczę - bo podobnie działają peelingi cukrowe do ciała albo samorobione z cukru i oliwy. Ale ja bardzo lubię ten peeling Sephory i czasami po prostu muszę go sobie kupić :)
Peeling ten składa się głównie z soli, olejków: winogronowego, migdałowego i awokado. W składzie jest też witamina E. I to są główne składniki tego kosmetyku.
Co obiecuje nam producent? Dwufazowy peeling do rąk. Dzięki połączeniu olejków i ścierających drobinek zapewnia natychmiastowy efekt - dłonie są odżywione, wygładzone. Przed użyciem należy wstrząsnąć w celu zmieszania 2 warstw, masować dłonie przez minutę, po czym dokładnie spłukać.
Moje odczucia? Dłonie po użyciu tego kosmetyku są faktycznie wygładzone i miękkie. Peeling zostawia na nich taki satynowy film, bardzo przyjemny :D No i ten zapach - słodkie cytrusy, nienachelne, w miarę delikatne (nie pachnie mleczkiem do czyszczenia wanny, za co duży, ogromny wręcz, plus :D) - uwielbiam. Dużym, jak dla mnie, utrudnieniem jest wymieszanie dwóch warstw. Butelka źle leży w dłoni no i trzeba się nią trochę namachać, aby uzyskać w miarę jednolitą masę, którą można masować dłonie. Warstwy peelingu mieszają się i zużywają równomiernie. Kosmetyk jest wydajny - jedną butelkę zużywam nawet i pół roku przy stosowaniu dwa razy w tygodniu.
Ale jak już pisałam wyżej - to jest mój muszmieć zachciankowy, na pewno nie jest to kosmetyk który każda kobieta mieć powinna. Bo można go zastąpić peelingiem home made, czy tańszym, cukrowym peelingiem do ciała. Ja lubię, wracać będę na pewno bo to jeden z lepszych kosmetyków marki Sephora. Kosztuje 35 złotych, pojemność 125ml.
Peeling ten składa się głównie z soli, olejków: winogronowego, migdałowego i awokado. W składzie jest też witamina E. I to są główne składniki tego kosmetyku.
Co obiecuje nam producent? Dwufazowy peeling do rąk. Dzięki połączeniu olejków i ścierających drobinek zapewnia natychmiastowy efekt - dłonie są odżywione, wygładzone. Przed użyciem należy wstrząsnąć w celu zmieszania 2 warstw, masować dłonie przez minutę, po czym dokładnie spłukać.
Moje odczucia? Dłonie po użyciu tego kosmetyku są faktycznie wygładzone i miękkie. Peeling zostawia na nich taki satynowy film, bardzo przyjemny :D No i ten zapach - słodkie cytrusy, nienachelne, w miarę delikatne (nie pachnie mleczkiem do czyszczenia wanny, za co duży, ogromny wręcz, plus :D) - uwielbiam. Dużym, jak dla mnie, utrudnieniem jest wymieszanie dwóch warstw. Butelka źle leży w dłoni no i trzeba się nią trochę namachać, aby uzyskać w miarę jednolitą masę, którą można masować dłonie. Warstwy peelingu mieszają się i zużywają równomiernie. Kosmetyk jest wydajny - jedną butelkę zużywam nawet i pół roku przy stosowaniu dwa razy w tygodniu.
Ale jak już pisałam wyżej - to jest mój muszmieć zachciankowy, na pewno nie jest to kosmetyk który każda kobieta mieć powinna. Bo można go zastąpić peelingiem home made, czy tańszym, cukrowym peelingiem do ciała. Ja lubię, wracać będę na pewno bo to jeden z lepszych kosmetyków marki Sephora. Kosztuje 35 złotych, pojemność 125ml.
czwartek, 30 września 2010
click&colour - lakier w pisaku, recenzja.
Do takich nowinek zawsze podchodzę entuzjastycznie. Uwielbiam lakierowe nowości, uwielbiam je testować, próbować itp ;) Do tych lakierów w pisaku także podeszłam z wielkim entuzjazmem - dostałam je w prezencie, trzy sztuki. Do tej pory wypróbowałam tylko jeden kolor, Chilli Red (swatch będzie na końcu posta ;)). Najpierw krótko o samej formie - pisaku.
Wydawało mi się, że lakier w pisaku to będzie fajne rozwiązanie - klikasz, malujesz i masz gotowy manicure. Idealny do zabrania w podróż - opakowanie jest plastikowe, nie ma obaw że coś nam się wyleje czy stłucze. Niestety rzeczywistość nie jest taka różowa ;)
Po pierwsze pędzelek - jest króciutki. Jak dla mnie za krótki. Zdarza mi się uderzać tym plastikowym dzióbkiem, z którego wychodzi włosie, o płytkę paznokcia podczas malowania. Włoski są też zbyt miękkie (chociaż to można uznac za plus - fajnie sie tym mini-pedzelkiem manewruje przy skórkach ;)). No i ten pędzelek nie jest wyprofilowany. Ot, miękkie włoski przycięte byle jak, każdy idzie w inną stronę. Jestem na nie.
Po drugie forma aplikacji lakieru na pędzelek. Nie jest fajnie. Jeden klik na paznokieć bo inaczej nie ma szans, by równo pomalować płytkę. Ale ten jeden klik to trochę za dużo na średniej wielkości paznokcie (jak moje). Poza tym gdy się klika trzeba byc ostrożnym - kiedy lakier wypływa z dzióbka na pędzelek lubi sobie prysnąć, na sweterek na przykład, albo na spodnie, biurko etc.
Po trzecie relacja pojemność - cena. Lakier jest dość drogi (nie wiem dokładnie ile kosztuje, ale w okolicach chyba 10 złotych). A pojemności ma 4ml. Tak, 4ml. To malutko, zwłaszcza, że dużo kosmetyku się marnuje (ale o tym później). Więc lakier jest stosunkowo drogi i na pewno nie wart tej ceny.
Po czwarte marnotrawstwo. Tak, dużo lakieru się marnuje. Jak? Kiedy kończymy malowanie zakręcamy pisaka zakrętką. Pędzelek wysycha a na pędzelku wysycha lakier. To jest DUŻY problem. Dlaczego? Bo kiedy chcemy powtórnie pomalować paznokcie to musimy najpierw naklikać się, by nawilżyć pędzelek i rozpuścić zaschnięty lakier (co i tak nie jest do końca możliwe). Marnujemy więc lakier, i po takim malowaniu niewiele nam z tych 4ml zostaje.
Po piąte konsystencja. Lakier jest stosunkowo rzadki i szybkoschnący. Tak szybko, że ja nie skończyłam malować paznokcia a lakier na nim był już suchy. Dzięki temu powstają nieestetyczne smugi i zbrylenia.
Podsumowując: gadżet. dostaje ode mnie 2/5pkt. Jeden punkt za kolor, jeden za gadżeciarstwo. Miałam wielką ochotę spróbować lakierów Nicole by OPI i Sally Hansen w pisaku, jednak sobie odpuszczę.
Efekt końcowy:
A Wy macie doświadczenia z taką formą aplikacji lakieru? Lubicie czy nie bardzo? A może spróbujecie? :)
Wydawało mi się, że lakier w pisaku to będzie fajne rozwiązanie - klikasz, malujesz i masz gotowy manicure. Idealny do zabrania w podróż - opakowanie jest plastikowe, nie ma obaw że coś nam się wyleje czy stłucze. Niestety rzeczywistość nie jest taka różowa ;)
Po pierwsze pędzelek - jest króciutki. Jak dla mnie za krótki. Zdarza mi się uderzać tym plastikowym dzióbkiem, z którego wychodzi włosie, o płytkę paznokcia podczas malowania. Włoski są też zbyt miękkie (chociaż to można uznac za plus - fajnie sie tym mini-pedzelkiem manewruje przy skórkach ;)). No i ten pędzelek nie jest wyprofilowany. Ot, miękkie włoski przycięte byle jak, każdy idzie w inną stronę. Jestem na nie.
Po drugie forma aplikacji lakieru na pędzelek. Nie jest fajnie. Jeden klik na paznokieć bo inaczej nie ma szans, by równo pomalować płytkę. Ale ten jeden klik to trochę za dużo na średniej wielkości paznokcie (jak moje). Poza tym gdy się klika trzeba byc ostrożnym - kiedy lakier wypływa z dzióbka na pędzelek lubi sobie prysnąć, na sweterek na przykład, albo na spodnie, biurko etc.
dwa powyższe zdjęcia to porównanie pędzelków click&colour i Multi Dimension
Po trzecie relacja pojemność - cena. Lakier jest dość drogi (nie wiem dokładnie ile kosztuje, ale w okolicach chyba 10 złotych). A pojemności ma 4ml. Tak, 4ml. To malutko, zwłaszcza, że dużo kosmetyku się marnuje (ale o tym później). Więc lakier jest stosunkowo drogi i na pewno nie wart tej ceny.
Po czwarte marnotrawstwo. Tak, dużo lakieru się marnuje. Jak? Kiedy kończymy malowanie zakręcamy pisaka zakrętką. Pędzelek wysycha a na pędzelku wysycha lakier. To jest DUŻY problem. Dlaczego? Bo kiedy chcemy powtórnie pomalować paznokcie to musimy najpierw naklikać się, by nawilżyć pędzelek i rozpuścić zaschnięty lakier (co i tak nie jest do końca możliwe). Marnujemy więc lakier, i po takim malowaniu niewiele nam z tych 4ml zostaje.
Po piąte konsystencja. Lakier jest stosunkowo rzadki i szybkoschnący. Tak szybko, że ja nie skończyłam malować paznokcia a lakier na nim był już suchy. Dzięki temu powstają nieestetyczne smugi i zbrylenia.
Podsumowując: gadżet. dostaje ode mnie 2/5pkt. Jeden punkt za kolor, jeden za gadżeciarstwo. Miałam wielką ochotę spróbować lakierów Nicole by OPI i Sally Hansen w pisaku, jednak sobie odpuszczę.
Efekt końcowy:
A Wy macie doświadczenia z taką formą aplikacji lakieru? Lubicie czy nie bardzo? A może spróbujecie? :)
poniedziałek, 27 września 2010
Manhattan Cuticle Remover - recenzja.
Będę szczera - odkąd pamiętam pozbywałam się skórek nożyczkami. Mam świetne nożyczki, które - znowu będę szczera - gwizdnęłam lata temu z kliniki ortopedycznej w której sprzątałam :D Nigdy nie miałam lepszego sprzętu. Dlatego też nigdy większej uwagi nie poświęcałam kosmetycznym usuwaczom naskórka. Ale pewien pewien problem zmusił mnie do rozglądania się za płynami do usuwania skórek. Tym problemem były nieestetyczne błonki, które zostawały na mojej płytce po tym, jak pozbyłam się już skórek dookoła paznokci. Nie wiem, czy też macie ten problem. Jeśli nie - zazdroszczę. Jeśli tak - współczuję, bo znam ten ból. Błonki te są tak jakby przyklejone do płytki. Najgorsze jest to, że bardzo szybko wysychają, i wygląda to naprawdę okropnie - takie farfocle, suche, szorstkie. Ble. I właśnie ten problem wyeliminowałam przy pomocy magicznego płynu - Manhattan Cuticle Remover.
Producent obiecuje nam co następuje: Delikatny płyn do skórek. Zawiera olejek z awokado. Należy go nanieść na skórki, następnie odczekać około minutki i usunąć patyczkiem. Zawiera alkalia szkodliwe przy bezpośrednim kontakcie z oczami.
Czy obietnice są spełnione? Tak :) Przed tym Manhattanem miałam płyn Bell, który był bezużyteczny - po prostu nie działał. Ten za to zachwycił mnie szybkością działania. Minutka faktycznie wystarczy, by usunąć błonki z płytki. Trochę więcej by rozpuścić skórki wokół paznokci. Po użyciu tego płynu nie miałam potrzeby wzięcia nożyczek w dłoń - skórki były gładkie, płytka czysta.
Jednak wiem, że nie wszyscy są zachwyceni działaniem tego płynu. Może on wysuszać skórki albo zażółcać płytkę. Dlatego na początek zróbcie test na jednym paznokciu. Przed zażółceniem dziewczyny chronią się tak, że nakładają płyn na pomalowane paznokcie - to tez jest jakiś sposób :)
U mnie to must have - na początku używałam go dwa razy w tygodniu, teraz zdarza mi się raz na tydzień, czasami raz na dwa tygodnie. Problem skórkowy znikł ;)
Producent obiecuje nam co następuje: Delikatny płyn do skórek. Zawiera olejek z awokado. Należy go nanieść na skórki, następnie odczekać około minutki i usunąć patyczkiem. Zawiera alkalia szkodliwe przy bezpośrednim kontakcie z oczami.
Czy obietnice są spełnione? Tak :) Przed tym Manhattanem miałam płyn Bell, który był bezużyteczny - po prostu nie działał. Ten za to zachwycił mnie szybkością działania. Minutka faktycznie wystarczy, by usunąć błonki z płytki. Trochę więcej by rozpuścić skórki wokół paznokci. Po użyciu tego płynu nie miałam potrzeby wzięcia nożyczek w dłoń - skórki były gładkie, płytka czysta.
Jednak wiem, że nie wszyscy są zachwyceni działaniem tego płynu. Może on wysuszać skórki albo zażółcać płytkę. Dlatego na początek zróbcie test na jednym paznokciu. Przed zażółceniem dziewczyny chronią się tak, że nakładają płyn na pomalowane paznokcie - to tez jest jakiś sposób :)
U mnie to must have - na początku używałam go dwa razy w tygodniu, teraz zdarza mi się raz na tydzień, czasami raz na dwa tygodnie. Problem skórkowy znikł ;)
czwartek, 23 września 2010
Base coat - krótka recenzja
Kiedyś wychodziłam z założenia, że po co kłaść jakąś bazę na paznokcie. W końcu to dodatkowa warstwa, bla bla bla. Do czasu. Razu pewnego położyłam na paznokcie lakier. I po zmyciu tego lakieru okazało się, że mam cudownie zażółconą płytkę - o mało się w tamtym momencie nie popłakałam, byłam wściekła i smutna jednocześnie. I to nie było lekkie zażółcenie - moje paznokcie wyglądały jak pokryte żółtym, lekko transparentnym lakierem. Ohyda. Od tamtej pory ZAWSZE mam warstwę bazy.
Pierwszą bazą, którą stosowałam był mleczny Nail Tek (chyba II) - miałam jeszcze 3/4 buteleczki, postanowiłam zużyć. Jednak nie byłam zadowolona z NT w roli bazy. Nie współgrał z moimi lakierami, bardzo tępo się na nim rozprowadzały a to doprowadzało mnie do szaleństwa. Nail Tek poszedł więc w kąt i tam się do tej pory kurzy. Wrócę do niego kiedy będę dożywiać paznokcie, jednak pod lakier wolę używać czegoś innego.
Drugim preparatem, z którym zaprzyjaźniłam się na dłużej był Whitener Rimmela. I tu byłam tak połowicznie zadowolona :D Póki preparat był świeży to był rewelacyjny - optycznie wybielał płytkę (może nie była już ona w tym momencie bardzo żółta, ale jednak widać było, że nie jest zdrowa) i chyba nawet wybielał ją tak od środka. No i lakier też na Whitenerze tym leżał świetnie. Ale z biegiem czasu Rimmel tracił swoje właściwości - gluciał, ciągnął się, tępo rozprowadzał się na gołych paznokciach, dłużej wysychał i tworzył tępą warstwę po której lakier już tak fajnie się nie rozprowadzał. Nie pomyślałam o rozcieńczeniu go delikatnie, prawie pół butelki tego preparatu wylądowało w koszu. Ale już wiem, że do niego nie wrócę.
Kolejną moją bazą był Nail Whitener Catrice. Lekko fioletowy, przezroczysty lakier. Jeśli miałabym go krótko podsumować - WTOPA. Lakier optycznie nie wybiela paznokci, raczej nadaje im lekko fioletowy kolor, który czasami podchodzi pod siny. W dodatku zmienia barwę kolorowego lakieru. Użyłam kilka razy i poszedł leżakować do szuflady, bo to takie nie wiadomo co.
Za to bardzo zadowolona jestem z French Whitenera. Optycznie wybiela paznokcie, rozprowadza się cienką, równą warstwą, lakier też świetnie na tej bazie leży. Zużyłam już pół buteleczki i kolejna czeka w zapasach.
I na koniec mój absolutny faworyt :D Baza wygładzająca - Smoothing Base Coat. Różowa baza z mikroskopijnymi drobinkami, które są widoczne tylko w mocnym świetle. Baza ta wygładza wszelkie nierówności, tworzy niesamowicie śliską warstwę po której lakier niemal sam maluje. No mówię Wam - moje cudeńko :D Pierwszy base coat, który zużyłam do ostatniej kropeleczki.
Pierwszą bazą, którą stosowałam był mleczny Nail Tek (chyba II) - miałam jeszcze 3/4 buteleczki, postanowiłam zużyć. Jednak nie byłam zadowolona z NT w roli bazy. Nie współgrał z moimi lakierami, bardzo tępo się na nim rozprowadzały a to doprowadzało mnie do szaleństwa. Nail Tek poszedł więc w kąt i tam się do tej pory kurzy. Wrócę do niego kiedy będę dożywiać paznokcie, jednak pod lakier wolę używać czegoś innego.
Drugim preparatem, z którym zaprzyjaźniłam się na dłużej był Whitener Rimmela. I tu byłam tak połowicznie zadowolona :D Póki preparat był świeży to był rewelacyjny - optycznie wybielał płytkę (może nie była już ona w tym momencie bardzo żółta, ale jednak widać było, że nie jest zdrowa) i chyba nawet wybielał ją tak od środka. No i lakier też na Whitenerze tym leżał świetnie. Ale z biegiem czasu Rimmel tracił swoje właściwości - gluciał, ciągnął się, tępo rozprowadzał się na gołych paznokciach, dłużej wysychał i tworzył tępą warstwę po której lakier już tak fajnie się nie rozprowadzał. Nie pomyślałam o rozcieńczeniu go delikatnie, prawie pół butelki tego preparatu wylądowało w koszu. Ale już wiem, że do niego nie wrócę.
Kolejną moją bazą był Nail Whitener Catrice. Lekko fioletowy, przezroczysty lakier. Jeśli miałabym go krótko podsumować - WTOPA. Lakier optycznie nie wybiela paznokci, raczej nadaje im lekko fioletowy kolor, który czasami podchodzi pod siny. W dodatku zmienia barwę kolorowego lakieru. Użyłam kilka razy i poszedł leżakować do szuflady, bo to takie nie wiadomo co.
Za to bardzo zadowolona jestem z French Whitenera. Optycznie wybiela paznokcie, rozprowadza się cienką, równą warstwą, lakier też świetnie na tej bazie leży. Zużyłam już pół buteleczki i kolejna czeka w zapasach.
I na koniec mój absolutny faworyt :D Baza wygładzająca - Smoothing Base Coat. Różowa baza z mikroskopijnymi drobinkami, które są widoczne tylko w mocnym świetle. Baza ta wygładza wszelkie nierówności, tworzy niesamowicie śliską warstwę po której lakier niemal sam maluje. No mówię Wam - moje cudeńko :D Pierwszy base coat, który zużyłam do ostatniej kropeleczki.
środa, 22 września 2010
Lakiery Catrice.
Catrice to kolejna firma, która mnie lakierowo uwiodła :) Dlaczego? Bo za 9,99 otrzymujemy świetniej jakości lakier w super modnych kolorach :D
Catrice to siostrzana marka Essence, dostępna w niektórych Drogeriach Natura na terenie naszego kraju. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam szafę Catrice w mojej Naturze to zbierałam ząbki z podłogi :D Miałam już wtedy na stanie kilka lakierów Catrice, ale że jestem chomik to chcę więcej i więcej, i więcej :D Teraz łatwiej napisać których lakierów z podstawowej kolekcji NIE MAM niż wymieniać te, które mam :D
Co mnie w Catrice urzekło? Przede wszystkim kolory. Bo za tę niecałą dychę możemy mieć duplikaty najmodniejszych i najdroższych lakierów. Przykłady? Chociażby osławiony From Dusk To Dawn - dupe kultowego Metro Chic $OPI (tutaj zdjęcia porównawcze tych dwóch kolorów). Sold Out For Ever to bliźniak zeszłorocznego hitu Chanel czyli Jade (porównania niestety nie mam, ale widziałam na zywo paznokcie pomalowane Jade i SOFE - różnica w kolorze minimalna, praktycznie niewidoczna ;)). Let's Talk About Barrie! jest idetyczny jak OPIkowa Manikiurzystka z Sewilli a Clay-ton, My Hero to taki jaśniejszy pierwowzór Ingrid :D Jest w czym wybierać, bo linia podstawowa liczy 32 kolory. Plus edycje limitowane, które o dziwo wchodzą do drogerii dość często i regularnie (ledwo miesiąc temu zaopatrywałam się w Oceanę a już możemy kupić Carame :D).
Plusem dla mnie jest też pędzelek (klik) - jest szeroki, ale nie tak szeroki jak u OPI, bardzo wygodny. Korek mógłby być węższy ale nie jest źle. Konsystencja zależy od konkretnego koloru - niektóre są gęste, inne rzadsze.
Które Catrice posiadam? :D Meet Me at Coral Island, The Pinker The Better, Bloody Mary To Go, Caught On The Red Carpet, Let's Talk About Barrie!, The Devil Wears Red, Wine-tastic, Back To Black, Poison Me, Poison You!, Plum Play With Me, Lucky In Lilac, Let's Mauve On!, Big Spender Wanted, Sweets For My Sweets, I Scream Peach!, Hot Or Not?, Wrapped Around My Finger, From Dusk To Dawn, Just Married, Lost In Mud, Clay-ton, My Hero, Sold Out For Ever, I Sea You!, Blue's Brother, It Blue My Mind!, London's Weather Forecast, Be My Millionaire, Pebble Beach, Sea Of Green, Blue out to Sea, Ocean Sunset, Oriental Orange, Bronzed Brown, Spiced Bronze i Berry Bazaar. Jeśli chcecie zobaczyć któryś konkretny kolor - dajcie znać w komentarzu :)
P.S. Już nie mogę się doczekac kolejnej LE czyli Expect The Unexpected, jakie tam są piękne lakiery *.*
Catrice to siostrzana marka Essence, dostępna w niektórych Drogeriach Natura na terenie naszego kraju. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam szafę Catrice w mojej Naturze to zbierałam ząbki z podłogi :D Miałam już wtedy na stanie kilka lakierów Catrice, ale że jestem chomik to chcę więcej i więcej, i więcej :D Teraz łatwiej napisać których lakierów z podstawowej kolekcji NIE MAM niż wymieniać te, które mam :D
Co mnie w Catrice urzekło? Przede wszystkim kolory. Bo za tę niecałą dychę możemy mieć duplikaty najmodniejszych i najdroższych lakierów. Przykłady? Chociażby osławiony From Dusk To Dawn - dupe kultowego Metro Chic $OPI (tutaj zdjęcia porównawcze tych dwóch kolorów). Sold Out For Ever to bliźniak zeszłorocznego hitu Chanel czyli Jade (porównania niestety nie mam, ale widziałam na zywo paznokcie pomalowane Jade i SOFE - różnica w kolorze minimalna, praktycznie niewidoczna ;)). Let's Talk About Barrie! jest idetyczny jak OPIkowa Manikiurzystka z Sewilli a Clay-ton, My Hero to taki jaśniejszy pierwowzór Ingrid :D Jest w czym wybierać, bo linia podstawowa liczy 32 kolory. Plus edycje limitowane, które o dziwo wchodzą do drogerii dość często i regularnie (ledwo miesiąc temu zaopatrywałam się w Oceanę a już możemy kupić Carame :D).
Plusem dla mnie jest też pędzelek (klik) - jest szeroki, ale nie tak szeroki jak u OPI, bardzo wygodny. Korek mógłby być węższy ale nie jest źle. Konsystencja zależy od konkretnego koloru - niektóre są gęste, inne rzadsze.
Które Catrice posiadam? :D Meet Me at Coral Island, The Pinker The Better, Bloody Mary To Go, Caught On The Red Carpet, Let's Talk About Barrie!, The Devil Wears Red, Wine-tastic, Back To Black, Poison Me, Poison You!, Plum Play With Me, Lucky In Lilac, Let's Mauve On!, Big Spender Wanted, Sweets For My Sweets, I Scream Peach!, Hot Or Not?, Wrapped Around My Finger, From Dusk To Dawn, Just Married, Lost In Mud, Clay-ton, My Hero, Sold Out For Ever, I Sea You!, Blue's Brother, It Blue My Mind!, London's Weather Forecast, Be My Millionaire, Pebble Beach, Sea Of Green, Blue out to Sea, Ocean Sunset, Oriental Orange, Bronzed Brown, Spiced Bronze i Berry Bazaar. Jeśli chcecie zobaczyć któryś konkretny kolor - dajcie znać w komentarzu :)
P.S. Już nie mogę się doczekac kolejnej LE czyli Expect The Unexpected, jakie tam są piękne lakiery *.*
poniedziałek, 20 września 2010
Ulubione lakiery.
Jestem osobą, która jest bardzo, bardzo, bardzo wierna marce :D Jak mnie coś urzeknie to będę to kupować do końca ;) W kwestii lakierowej jestem wierna kilku markom - moja pierwsza trójka to OPI, Essie i China Glaze, zaraz za nimi plasuje się Essence. Dlaczego te cztery firmy to moi faworyci?
OPI to były pierwsze profesjonalne lakiery, których próbowałam. Mój pierwszy raz był z kolorem I'm Not Really a Waitress (swatche na dniach). Lata temu, w odległej Ameryce poszłam sobie (a raczej zostałam siłą wzięta) na manicure. Mały salon, duży wybór OPI. Chciałam coś czerwonego, manicurzystka poleciłam mi właśnie Kelnerkę. I ja po kilku dniach wróciłam po buteleczkę do własnego użytku, bo się po prostu w Kelnereczce zakochałam (nie dziwi mnie fenomen tego lakieru, not at all). I to jest chyba jedyny lakier, który (póki co) zużyłam do końca. Potem moja miłość rosła, przytulałam coraz to nowe buteleczki. Teraz mam nieco ponad 70 OPIków, niektóre z nich to miłości nieco już przebrzmiałe, ale ciągle żal się rozstawać - nie nagli mnie ich data spożycia, bo OPI się nie starzeją - mój najstarszy w tej chwili, 10letni Mat-adore Red (swatche jutro :D) ma takie właściwości jak w dniu zakupu - nie zgluciał, nie śmierdzi; może jedynie trochę wolniej schnie, ale ten problem rozwiązuje Seche Vite.
Co mnie jeszcze do OPI przyciąga? Kolory, to wiadomo. OPI ma u siebie i brzydotki, których w życiu bym nie nosiła ale też i pięknoty, do których ślinić się będę z przyjemnością. Moi faworyci? Hmm, pomyślmy... Na pewno muszmieć Jacuś, na pewno Duże Czerwone Jabłuszko, na pewno Kelnerka,na pewno Buraczek z Miami, na pewno boso w Barcelonie, na pewno francuskie łaskotki... Mogłabym wymieniać i wymieniać :D
O właśnie, nazwy. Kocham OPIkowe nazwy - a dla mnie imię lakieru to ważna rzecz. Nie cierpię numerków, według mnie pozbawiają one lakiery duszy; jak lakier ma imię to jakoś lepiej mi się nosi :) Moi faworyci: I'm Not Really a Waitress, Tickle My France-y, Ski Teal We Drop, ChicaGo Get a Manicure!, Kreme de la Kremlin... I znowu mogłabym wymieniać i wymieniać... :D
Jedyne do czego mogłabym się przyczepić to szeroki pędzelek. Jest dla mnie ciut zbyt szeroki, wolę te cienkie i precyzyjne... No i jeszcze cena, która w polskich punktach dostępu do OPI (w skrócie PPDDO) jest nieco zbyt wysoka jak na mój gust...
Kolejna moją marką jest Essie. Z Essiakami to jest chyba tak, że albo się je kocha albo nienawidzi. Ja kocham, chociaż znam od, stosunkowo, niedawna.
Zimą 2009/2010 wymarzyłam sobie szary lakier. Ale wtedy szarych lakierów było jak na lekarstwo, więc po obejrzeniu internetowych swatchy zamówiłam Chinchilly. I to był strzał w dziesiątkę. Do tej pory Szynszylka to moja szarość numer jeden. Zakup ten był tez pierwszym krokiem w stronę wielkiej miłości. Miłości mojej do Essie. Bo ja kocham w Essie wszystko - począwszy na konsystencji, przez pędzelek na kolorach i nazwach skończywszy. Mój zbiór Essie ciągle rośnie, nie jest tak imponujący jak OPI ale pracuje nad tym :D Jestem ogromną fanką czerwieni i kremów, a czerwienie i kremy ma Essie fenomenalne. Moja idealna czerwień to właśnie Essie, Forever Young. Mówię Wam, coś pięknego - tak ślicznej czerwieni w swoim życiu nie widziałam, a widziałam wiele ;)
Świetne są kolekcje limitowane/sezonowe Essie. Jak chociażby tegoroczny letni resort, czy miniona zima (Chinchilly, Mink Muffs, Angora Cardi...). Imiona też te lakiery mają przednie - Wife Goes On, E-nuff is E-nuff, Swept Off My Feet... Może nie są te nazwy tak wyszukane jak u OPI, ale jednak zwracają uwagę.
Lakiery Essie mają cienkie, bardzo precyzyjne pędzelki, konsystencja niektórych jest rzadsza niż to się lakierowo przyjęło - ale mnie to akurat odpowiada. I wiecie, co jest tez fantastyczne u Essie? Ich lustrzany, szklisty połysk. Dwa na trzy lakiery mają właśnie takie wykończenie, zwłaszcza te w mocniejszych barwach.
Ja kochać Essie ale znowu - nie kochać cen w Polsce :/
China Glaze. Bo Chinę się kocha za takie cudowności jak High Maintenance, Channelesque, For Audrey czy Ruby Pumps. Sztandarowe kolory firmy, które nigdy się nie znudzą :D
Znacie Ruby Pumps? Nie? Shame on you :P Bo ten lakier trzeba znać! Jest tak piękny, że normalnie brak słów. Znacie Audrey? Nie? Wstydźcie się :D Znacie Channelesque? Nie? To macie szczęście, bo jego produkcja będzie wznowiona na wiosnę :D Naprawdę warto ChG spróbować, zwłaszcza, że u nas w Polszy jej ceny są całkiem znośne, podobnie jak wybór kolorów. A jakościowo są świetne :)
Na koniec drogeryjna marka. Essence. Za co kocham? Przede wszystkim za limitowane kolekcje. I za ceny. Bo lakier za 5,50 czy 6,99 to jak lód w wafelku czy dwie czekolady. A kolory Essence ma fajne. Jeśli chodzi o kolekcje podstawowe - colour&go i Multi Dimension - mam kilka, z każdej. Bardzo chwalę sobie MD (Spot On to idealny dupe Island Hopping Essie, Late at Night jest taki, jak OPIkowy St. Petersburgundy), a coloru&go maja malutkie buteleczki pełne ślicznych kolorów.
Limitowanki to osobna sprawa. Cudowne kolory - jak chociażby ostatnie lakiery Into the Wild - Zulu *.*, Desert Fox *.* czy Heart Chakra *.*; Eclipse też były fajne, zwłaszcza mój faworyt Thirsty! czy duplikat HEA Orly - Don't Bite Me - Kiss Me. I wiecie co też jest fajne? Częstotliwość wypuszczania LE. Ja wiem, że nie każda dociera do Polski, ale z pomocą przyjaciółek ;) można zdobyć to, czego się aktualnie chce.
Jest jeszcze siostrzana marka Essence czyli Catrice, której lakiery też wielbię. Wielbię za From Dusk To Dawn, Sold Out For Ever, I Sea You, London's Weather Forecast... Cuda, cudeńka.
I jeszcze słowem zakończenia - jestem bardzo zadowolona z moich lakierów firm, które tu opisałam. Wiadomo, że są kolory bardziej i mniej udane, lepsze i gorsze formuły. Jednak ja nie narzekam - z warstwą Seche Vite wszystko trzyma się mnie jak przyklejone, a Szynszyle kiedyś nosiłam przez tydzień - i zmyłam, bo zwyczajnie zrobił mi się paskudny odrost :D
Jestem wielbicielką kremów, shimmery toleruje jeśli są ładne. A glittery lubię od czasu do czasu ;)
No to się rozpisałam :D Uffff :D
OPI to były pierwsze profesjonalne lakiery, których próbowałam. Mój pierwszy raz był z kolorem I'm Not Really a Waitress (swatche na dniach). Lata temu, w odległej Ameryce poszłam sobie (a raczej zostałam siłą wzięta) na manicure. Mały salon, duży wybór OPI. Chciałam coś czerwonego, manicurzystka poleciłam mi właśnie Kelnerkę. I ja po kilku dniach wróciłam po buteleczkę do własnego użytku, bo się po prostu w Kelnereczce zakochałam (nie dziwi mnie fenomen tego lakieru, not at all). I to jest chyba jedyny lakier, który (póki co) zużyłam do końca. Potem moja miłość rosła, przytulałam coraz to nowe buteleczki. Teraz mam nieco ponad 70 OPIków, niektóre z nich to miłości nieco już przebrzmiałe, ale ciągle żal się rozstawać - nie nagli mnie ich data spożycia, bo OPI się nie starzeją - mój najstarszy w tej chwili, 10letni Mat-adore Red (swatche jutro :D) ma takie właściwości jak w dniu zakupu - nie zgluciał, nie śmierdzi; może jedynie trochę wolniej schnie, ale ten problem rozwiązuje Seche Vite.
Co mnie jeszcze do OPI przyciąga? Kolory, to wiadomo. OPI ma u siebie i brzydotki, których w życiu bym nie nosiła ale też i pięknoty, do których ślinić się będę z przyjemnością. Moi faworyci? Hmm, pomyślmy... Na pewno muszmieć Jacuś, na pewno Duże Czerwone Jabłuszko, na pewno Kelnerka,na pewno Buraczek z Miami, na pewno boso w Barcelonie, na pewno francuskie łaskotki... Mogłabym wymieniać i wymieniać :D
O właśnie, nazwy. Kocham OPIkowe nazwy - a dla mnie imię lakieru to ważna rzecz. Nie cierpię numerków, według mnie pozbawiają one lakiery duszy; jak lakier ma imię to jakoś lepiej mi się nosi :) Moi faworyci: I'm Not Really a Waitress, Tickle My France-y, Ski Teal We Drop, ChicaGo Get a Manicure!, Kreme de la Kremlin... I znowu mogłabym wymieniać i wymieniać... :D
Jedyne do czego mogłabym się przyczepić to szeroki pędzelek. Jest dla mnie ciut zbyt szeroki, wolę te cienkie i precyzyjne... No i jeszcze cena, która w polskich punktach dostępu do OPI (w skrócie PPDDO) jest nieco zbyt wysoka jak na mój gust...
Kolejna moją marką jest Essie. Z Essiakami to jest chyba tak, że albo się je kocha albo nienawidzi. Ja kocham, chociaż znam od, stosunkowo, niedawna.
Zimą 2009/2010 wymarzyłam sobie szary lakier. Ale wtedy szarych lakierów było jak na lekarstwo, więc po obejrzeniu internetowych swatchy zamówiłam Chinchilly. I to był strzał w dziesiątkę. Do tej pory Szynszylka to moja szarość numer jeden. Zakup ten był tez pierwszym krokiem w stronę wielkiej miłości. Miłości mojej do Essie. Bo ja kocham w Essie wszystko - począwszy na konsystencji, przez pędzelek na kolorach i nazwach skończywszy. Mój zbiór Essie ciągle rośnie, nie jest tak imponujący jak OPI ale pracuje nad tym :D Jestem ogromną fanką czerwieni i kremów, a czerwienie i kremy ma Essie fenomenalne. Moja idealna czerwień to właśnie Essie, Forever Young. Mówię Wam, coś pięknego - tak ślicznej czerwieni w swoim życiu nie widziałam, a widziałam wiele ;)
Świetne są kolekcje limitowane/sezonowe Essie. Jak chociażby tegoroczny letni resort, czy miniona zima (Chinchilly, Mink Muffs, Angora Cardi...). Imiona też te lakiery mają przednie - Wife Goes On, E-nuff is E-nuff, Swept Off My Feet... Może nie są te nazwy tak wyszukane jak u OPI, ale jednak zwracają uwagę.
Lakiery Essie mają cienkie, bardzo precyzyjne pędzelki, konsystencja niektórych jest rzadsza niż to się lakierowo przyjęło - ale mnie to akurat odpowiada. I wiecie, co jest tez fantastyczne u Essie? Ich lustrzany, szklisty połysk. Dwa na trzy lakiery mają właśnie takie wykończenie, zwłaszcza te w mocniejszych barwach.
Ja kochać Essie ale znowu - nie kochać cen w Polsce :/
China Glaze. Bo Chinę się kocha za takie cudowności jak High Maintenance, Channelesque, For Audrey czy Ruby Pumps. Sztandarowe kolory firmy, które nigdy się nie znudzą :D
Znacie Ruby Pumps? Nie? Shame on you :P Bo ten lakier trzeba znać! Jest tak piękny, że normalnie brak słów. Znacie Audrey? Nie? Wstydźcie się :D Znacie Channelesque? Nie? To macie szczęście, bo jego produkcja będzie wznowiona na wiosnę :D Naprawdę warto ChG spróbować, zwłaszcza, że u nas w Polszy jej ceny są całkiem znośne, podobnie jak wybór kolorów. A jakościowo są świetne :)
Na koniec drogeryjna marka. Essence. Za co kocham? Przede wszystkim za limitowane kolekcje. I za ceny. Bo lakier za 5,50 czy 6,99 to jak lód w wafelku czy dwie czekolady. A kolory Essence ma fajne. Jeśli chodzi o kolekcje podstawowe - colour&go i Multi Dimension - mam kilka, z każdej. Bardzo chwalę sobie MD (Spot On to idealny dupe Island Hopping Essie, Late at Night jest taki, jak OPIkowy St. Petersburgundy), a coloru&go maja malutkie buteleczki pełne ślicznych kolorów.
Limitowanki to osobna sprawa. Cudowne kolory - jak chociażby ostatnie lakiery Into the Wild - Zulu *.*, Desert Fox *.* czy Heart Chakra *.*; Eclipse też były fajne, zwłaszcza mój faworyt Thirsty! czy duplikat HEA Orly - Don't Bite Me - Kiss Me. I wiecie co też jest fajne? Częstotliwość wypuszczania LE. Ja wiem, że nie każda dociera do Polski, ale z pomocą przyjaciółek ;) można zdobyć to, czego się aktualnie chce.
Jest jeszcze siostrzana marka Essence czyli Catrice, której lakiery też wielbię. Wielbię za From Dusk To Dawn, Sold Out For Ever, I Sea You, London's Weather Forecast... Cuda, cudeńka.
I jeszcze słowem zakończenia - jestem bardzo zadowolona z moich lakierów firm, które tu opisałam. Wiadomo, że są kolory bardziej i mniej udane, lepsze i gorsze formuły. Jednak ja nie narzekam - z warstwą Seche Vite wszystko trzyma się mnie jak przyklejone, a Szynszyle kiedyś nosiłam przez tydzień - i zmyłam, bo zwyczajnie zrobił mi się paskudny odrost :D
Jestem wielbicielką kremów, shimmery toleruje jeśli są ładne. A glittery lubię od czasu do czasu ;)
No to się rozpisałam :D Uffff :D
Etykiety:
China Glaze,
Essence,
Essie,
O.P.I,
pogaduchy o lakierach,
recenzja
piątek, 17 września 2010
Kremy do rąk - recenzja.
Od kilku lat borykam się z problemem suchych dłoni. Czego ja już nie testowałam - przez moją kosmetyczkę przewinęły się cudna na kijkach - maski, sera, silnie skoncentrowane kremy... Po tylu doświadczeniach nieufnie podchodzę do tego typu produktów. Nie wierzę w zapewnienia producentów a zerkam na skład. Chociaż i tak kilka świetnych składowo produktów zrobiło mi z dłoni masakrę. Ale o tym w innym poście. Dzisiaj chciałabym się skupić na tym, co na mnie działa :)
Na początek krem, do którego od jakiegoś czasu wracam regularnie. Kupiłam dawno temu małą tubkę tego cuda, na spróbowanie. Cena była dość wysoka, ja jestem wybredna w kwestii pielęgnacji dłoni - wolałam nie ryzykować. Ale Hemp spodobał mi się na tyle, że zużywam powoli czwartą, może piątą tubkę w rozmiarze XL.
Głównym składnikiem Hemp Hand Protector jest olejek z nasion marihuany, który ma nawilżać i wygładzać suchą skórę. Krem zawiera również glicerynę, alantoinę i lanolinę. Kosmetyk ma postać tłustego masła, które pod wpływem ciepła lekko się topi i fantastycznie wchłania w skórę. Wadą (dla niektórych zaletą) może być to, że Hemp zostawia wyczuwalny film na dłoniach - nie jest to jakoś mocno uciążliwe, ale osoby, które tego nie lubią będą odczuwać dyskomfort. Kolejną wadą tego kremu jest jego opakowanie - metalowa tubka i okropna zakrętka. O ile metalowe opakowanie mogłabym jakoś przeżyć tak ta paskudna zakrętka doprowadza mnie do szału - szybkie odkręcenie i zakręcenie tubki jest w tym przypadku niemożliwe.
Podsumowując - póki co najlepszy z używanych przeze mnie kremów. W skali od 1 do 6 daję mu mocną piątkę ;)
Następny krem to moje ostatnie odkrycie. Moja mama uwielbia kosmetyki firmy Korana, kiedy ostatnio robiła zamówienie z ich strony internetowej dobrałam sobie (bez przekonania) krem Propolis. I muszę powiedzieć, że jestem zachwycona. Miła odmiana od ciężkiego i tłustego Hempa. Propolis to lekki krem, który zawiera m.in.: wyciąg z korzenia białej lukrecji, ekstrakt z miodu, olej ze słodkich migdałów, wosk pszczeli i propolis. Mimo delikatnej, trochę mleczkowatej konsystencji Propolis to świetny nawilżacz, który działa długofalowo, a nie tylko doraźnie. Nie mam potrzeby częstego smarowania dłoni kremem, dyskomfort znika. Krem wchłania się całkowicie, nie pozostawia filmu, nie lepi się.
Świetny krem za małe pieniądze. Nie wiem, jak z jego dostępnością - pierwszą tubkę, jak i kolejne, kupiłam na stronie internetowej firmy Korana. Jeśli gdzieś spotkacie go na swej drodze to warto wydać na niego tych kilka złotych :D W skali 1 do 6 daję mu takie 4,5 z nadzieją, że jeszcze się podciągnie.
I ostatni na dziś. Garnier Intensywna Pielęgnacja Suchej Skóry. W działaniu podobny do Hempa (też zawiera alantoinę i lanolinę). Ma podobne właściwości - tłustą, masełkowatą konsystencję, zostawia na skórze wyczuwalny, lekko śliski film. Zapakowany w wygodnej, plastikowej tubce z równie wygodną zakrętką. To mój krem torebkowy - idealny do używania w biegu (mimo tego, że zostawia tłusty film - ja to akurat lubię).. Świetnie nawilża, przy dłuższym używaniu widać poprawę stanu skóry na dłoniach - jest odżywiona, suche placki znikają. Zasługuje na mocną czwórkę, wracam do niego często, wracać będę bo to dobry kosmetyk za niewielką cenę.
W tej chwili mam jeszcze na stanie dwa kremy Dr Scheller, w zapasach czeka Gurugu - i o tych właśnie specyfikach będzie następny post z serii 'pielęgnacja dłoni: kremy...'.
Na początek krem, do którego od jakiegoś czasu wracam regularnie. Kupiłam dawno temu małą tubkę tego cuda, na spróbowanie. Cena była dość wysoka, ja jestem wybredna w kwestii pielęgnacji dłoni - wolałam nie ryzykować. Ale Hemp spodobał mi się na tyle, że zużywam powoli czwartą, może piątą tubkę w rozmiarze XL.
Głównym składnikiem Hemp Hand Protector jest olejek z nasion marihuany, który ma nawilżać i wygładzać suchą skórę. Krem zawiera również glicerynę, alantoinę i lanolinę. Kosmetyk ma postać tłustego masła, które pod wpływem ciepła lekko się topi i fantastycznie wchłania w skórę. Wadą (dla niektórych zaletą) może być to, że Hemp zostawia wyczuwalny film na dłoniach - nie jest to jakoś mocno uciążliwe, ale osoby, które tego nie lubią będą odczuwać dyskomfort. Kolejną wadą tego kremu jest jego opakowanie - metalowa tubka i okropna zakrętka. O ile metalowe opakowanie mogłabym jakoś przeżyć tak ta paskudna zakrętka doprowadza mnie do szału - szybkie odkręcenie i zakręcenie tubki jest w tym przypadku niemożliwe.
Podsumowując - póki co najlepszy z używanych przeze mnie kremów. W skali od 1 do 6 daję mu mocną piątkę ;)
Następny krem to moje ostatnie odkrycie. Moja mama uwielbia kosmetyki firmy Korana, kiedy ostatnio robiła zamówienie z ich strony internetowej dobrałam sobie (bez przekonania) krem Propolis. I muszę powiedzieć, że jestem zachwycona. Miła odmiana od ciężkiego i tłustego Hempa. Propolis to lekki krem, który zawiera m.in.: wyciąg z korzenia białej lukrecji, ekstrakt z miodu, olej ze słodkich migdałów, wosk pszczeli i propolis. Mimo delikatnej, trochę mleczkowatej konsystencji Propolis to świetny nawilżacz, który działa długofalowo, a nie tylko doraźnie. Nie mam potrzeby częstego smarowania dłoni kremem, dyskomfort znika. Krem wchłania się całkowicie, nie pozostawia filmu, nie lepi się.
Świetny krem za małe pieniądze. Nie wiem, jak z jego dostępnością - pierwszą tubkę, jak i kolejne, kupiłam na stronie internetowej firmy Korana. Jeśli gdzieś spotkacie go na swej drodze to warto wydać na niego tych kilka złotych :D W skali 1 do 6 daję mu takie 4,5 z nadzieją, że jeszcze się podciągnie.
I ostatni na dziś. Garnier Intensywna Pielęgnacja Suchej Skóry. W działaniu podobny do Hempa (też zawiera alantoinę i lanolinę). Ma podobne właściwości - tłustą, masełkowatą konsystencję, zostawia na skórze wyczuwalny, lekko śliski film. Zapakowany w wygodnej, plastikowej tubce z równie wygodną zakrętką. To mój krem torebkowy - idealny do używania w biegu (mimo tego, że zostawia tłusty film - ja to akurat lubię).. Świetnie nawilża, przy dłuższym używaniu widać poprawę stanu skóry na dłoniach - jest odżywiona, suche placki znikają. Zasługuje na mocną czwórkę, wracam do niego często, wracać będę bo to dobry kosmetyk za niewielką cenę.
W tej chwili mam jeszcze na stanie dwa kremy Dr Scheller, w zapasach czeka Gurugu - i o tych właśnie specyfikach będzie następny post z serii 'pielęgnacja dłoni: kremy...'.
wtorek, 24 sierpnia 2010
Seche Vite Dry Fast Top Coat - review
Krótka recenzja mojego ulubionego top coata.
Seche Vite to szybkoschnący top coat. Producent sugeruje nakładanie SV na mokry lakier, ja jednak robię inaczej - ale o tym w dalszej części recenzji. Seche Vite wysusza, utwardza i przedłuża trwałość lakieru. Do tego nadaje paznokciom blasku.
Moje odczucia? Nie wyobrażam sobie w tej chwili życia bez SV. Paznokcie maluję codziennie, często zaraz przed wyjściem z domu. Bardzo długo szukałam preparatu, który wysuszy mi lakier a nie wysuszy skórek. Testowałam różne wysuszacze - w olejku, w lakierze jednak dopiero Seche to jest to, czego szukałam.
Seche Vite ma postać gęstego bezbarwnego lakieru. Producent zaleca nakładanie go na mokry lakier. Ja jednak robię inaczej - kładę Seche na lakier lekko już podeschnięty ale ciągle mokry. W ten sposób SV równo pokryje mi paznokcie i nie zbryli albo nie zesmuży kolorowej bazy. Seche fajnie wyrównuje wszelkie nierówności, które czasami pojawiają się na kolorowym lakierze. Małą wadą jest to, że może tworzyć bąbelki - trzeba go równo nakładać by tego uniknąć.
Po wyschnięciu mamy na paznokciach twardą, szklistą powłokę. Wysycha dosłownie w trymiga, nie mierzyłam z zegarkiem w ręku ale w krótką chwilę od pomalowania moge juz wkładać dżinsy czy buty bez obawy o uszczerbek w świeżym lakierze ;)
Top coat ten jest bardzo wydajny. Używam go minimum raz dziennie od trzech miesięcy i zużyłam pół 14mililitrowej buteleczki. Ze swojej strony bardzo polecam, niesamowity ułatwiacz życia i pozycja obowiązkowa w kuferku lakieroholiczki :D
English please:
Seche Vite to szybkoschnący top coat. Producent sugeruje nakładanie SV na mokry lakier, ja jednak robię inaczej - ale o tym w dalszej części recenzji. Seche Vite wysusza, utwardza i przedłuża trwałość lakieru. Do tego nadaje paznokciom blasku.
Moje odczucia? Nie wyobrażam sobie w tej chwili życia bez SV. Paznokcie maluję codziennie, często zaraz przed wyjściem z domu. Bardzo długo szukałam preparatu, który wysuszy mi lakier a nie wysuszy skórek. Testowałam różne wysuszacze - w olejku, w lakierze jednak dopiero Seche to jest to, czego szukałam.
Seche Vite ma postać gęstego bezbarwnego lakieru. Producent zaleca nakładanie go na mokry lakier. Ja jednak robię inaczej - kładę Seche na lakier lekko już podeschnięty ale ciągle mokry. W ten sposób SV równo pokryje mi paznokcie i nie zbryli albo nie zesmuży kolorowej bazy. Seche fajnie wyrównuje wszelkie nierówności, które czasami pojawiają się na kolorowym lakierze. Małą wadą jest to, że może tworzyć bąbelki - trzeba go równo nakładać by tego uniknąć.
Po wyschnięciu mamy na paznokciach twardą, szklistą powłokę. Wysycha dosłownie w trymiga, nie mierzyłam z zegarkiem w ręku ale w krótką chwilę od pomalowania moge juz wkładać dżinsy czy buty bez obawy o uszczerbek w świeżym lakierze ;)
Top coat ten jest bardzo wydajny. Używam go minimum raz dziennie od trzech miesięcy i zużyłam pół 14mililitrowej buteleczki. Ze swojej strony bardzo polecam, niesamowity ułatwiacz życia i pozycja obowiązkowa w kuferku lakieroholiczki :D
English please:
Seche Vite™ Dry Fast Top Coat is widely acknowledged as the world's finest top coat. Its patented formula penetrates through the nail lacquer to the base coat forming a single solid coating over the nail plate for a much more durable finish, guaranteed not to yellow and leaves nails silky, stronger and resistant to chipping and peeling.I had been looking for GOOD top coat for a long time. I tried a lot of this kind of stuff - in oil, in enamel... But any of them were good enough for me. I still woke up with print of my sheets on my nails or when I was getting ready to work my fresh manicure was immediately messed up.
One day I bought a China Glaze nail polish and I got a little tiny bottle of Seche Vite to try. And I tried. And I found my one and only top coat ;)
Seche is all I ever want ;) It dries fast my nail polish, it shines, it makes my manicure hard. And it prevents chipping ;)
Seche is also efficient - I have been using my bottle since May (everyday!) and I have half of a bottle still.
This is my HG in top coat and dry fast category. I'll be stick to Seche Vite till I die :D
Subskrybuj:
Posty (Atom)












