Z założenia miał to być szybki wypad do Douglasa, więc z rana nawet się nie przebrałam i pomaszerowałam do galerii w dresach (mina pani douglażanki gdy taka wparowałam do tej jakże zacnej jaskini rozpusty - bezcenna, pani D. chyba padła na zawał, zachowywała się tak, jakby w życiu dresu nie widziała, myślałam, że mnie wyprosi :D na co ja przybrałam bitch face'a z mina 'try me, you bitch' :D). W Dougim dzisiaj akurat nie kupiłam nic (spisikałam się tylko Womanity i myślałam, że zejdę na migrenę, mdłości i słabość - Mugler dał czadu tym zapachem, jak babcie kocham...) ale za to narobiłam małżowi obciachy w H&M. Dlaczego? Odpowiedź na poniższych zdjęciach:
Betty Boop jest obłędna :D Całość - buteleczka, zakrętka, kolor, Betty na przedzie. No zakochałam się. Jestem wielką fanką Betty i ten lakier mnie uwiódł. Kolor to mocna, metaliczna fuksja o wdzięcznej nazwie Pink Wink :D
Tę Kiciusię tez kocham :D Na starość dziecinnieję, H&M ma też niesamowite Hello Kitty'owe kapciuszki, któe oczywiście chciałam kupić ale mąż zrobił minę i spytał 'how the fuck old are you? five?'. Na co ja zrobiłam swojego sztandarowego pouta i odpowiedziała 'twenty FIVE' :D Ale z kapciuszków nic nie wyszło, jutro po nie wrócę. Sama :D A póki co mam lakierek o przewdzięcznej nazwie Kitty Queen. Kolor tej słodyczy to fuksja z drobinkami, mrau :D
Poza tym mam cztery z pięciu metaliksów (od lewej: Iron Goddes, Copper Rulez!, Nothing Else Metals, Metal Battle i magnesik pod nimi):
Tu metalowe szmineczki (Metal Battle, Steel Me i Iron Goddess):
Oraz niedobitki czyli Highwaist Pink i naklejki na paznokcie:
Tylem nakupcyła w ostatnich dniach. A z metalówki dzisiaj to już niedobitki były, pani kasjerka w douglasie powiedziała, że się baby rzuciły na lakiery jak głupie :D
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stuff. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stuff. Pokaż wszystkie posty
środa, 17 listopada 2010
piątek, 12 listopada 2010
Kot, orgazm i kilka nowych nabytków.
Macie swój ulubiony róż i brązer? Bo ja mam :) Kiedyś miałam róży na pęczki - co się pojawiało me to miała, dosłownie :) Bardzo cieszyło mnie kupowanie różowych cudeniek, miałam chyba wszystkie kolory świata - od cukierkowo-landrynkowych po ceglaste brązy. Pewnego dnia kupiłam sobie cudo NARSa, czyli róż i brązer w duecie. O Orgasmie słyszałam już wcześniej, bo to w końcu jeden z najsłynniejszych róży na świecie. A Lagunę zobaczyłam pierwszy raz w momencie kupna.
Znacie pewnie Orgasm, nie? Od jakiegoś czasu ten kolor to po prostu NARSowy must have, mieć go trzeba i koniec kropka. Duplikaty się mnożą jak króliki, jednak żaden z kolorów a'la Orgazm nie dorównuje oryginałowi. Możliwe, że ja jestem zmanipulowana przez całą tą NARSową otoczkę, ale ja Orgazma nie wymienię na żaden inny. Kolor ten jest tak uniwersalny i tak piękny, że pasuje do mnie i wtedy, gdym jest opalona jak i wtedy, gdy jestem już zimowo pobladzona.
Orgazm to róż z brzoskwiniowymi tonami i złotymi drobinkami. Jest zdecydowanie ciepły, chłodne karnacje mogą się z nim gryźć. I chłodnym karnacjom współczuje, bo tracą one najwspanialszy kosmetyk świata ;)))
No i ta nazwa, nie oszukujmy się - Orgazm na policzkach jest zdecydowanie hot :))) Teraz mam ochotę na Super Orgasm, bo jak coś jest super to musi być hot hot hot :D Nie wiem na ile nowa wersja Orgazmu różni się od klasyka, ale czymś się chyba różni, skoro jest super :D
Druga część duetu, czyli Laguna. Bałam się tego brązu szczerze mówiąc. Używam raczej delikatnych brązów, i praktycznie tylko do modelowania. A Laguna jest ciemna, złotawa, z drobinkami (których an szczęście w świetle dziennym nie widać). Jednak był to strach zdecydowanie przedwczesny, nie ma co się laguny bać. Kolor może się wydawaę ciemny, ale na buzi łagodnieje. Pigmentacja jest średnia, więc by wyglądać jak murzin to trzeba się pędzlem namachać. I ja Laguny do modelowania używam, i uważam że nadaje się do tego celu świetnie.
Przy okazji pokażę Wam pędzel, którego do modelowania używam i mogę polecić. Jeśli chcę nałożyć brązer jak róż to ten pędzel się nie nadaje do tego celu, ale do modelowania jest świetny. Jest twardy, zbity, dobrze leży w dłoni. No i jest ładny - jeden z głównych powodów dla których go kupiłam ;)
Znacie pewnie Orgasm, nie? Od jakiegoś czasu ten kolor to po prostu NARSowy must have, mieć go trzeba i koniec kropka. Duplikaty się mnożą jak króliki, jednak żaden z kolorów a'la Orgazm nie dorównuje oryginałowi. Możliwe, że ja jestem zmanipulowana przez całą tą NARSową otoczkę, ale ja Orgazma nie wymienię na żaden inny. Kolor ten jest tak uniwersalny i tak piękny, że pasuje do mnie i wtedy, gdym jest opalona jak i wtedy, gdy jestem już zimowo pobladzona.
Orgazm to róż z brzoskwiniowymi tonami i złotymi drobinkami. Jest zdecydowanie ciepły, chłodne karnacje mogą się z nim gryźć. I chłodnym karnacjom współczuje, bo tracą one najwspanialszy kosmetyk świata ;)))
No i ta nazwa, nie oszukujmy się - Orgazm na policzkach jest zdecydowanie hot :))) Teraz mam ochotę na Super Orgasm, bo jak coś jest super to musi być hot hot hot :D Nie wiem na ile nowa wersja Orgazmu różni się od klasyka, ale czymś się chyba różni, skoro jest super :D
Druga część duetu, czyli Laguna. Bałam się tego brązu szczerze mówiąc. Używam raczej delikatnych brązów, i praktycznie tylko do modelowania. A Laguna jest ciemna, złotawa, z drobinkami (których an szczęście w świetle dziennym nie widać). Jednak był to strach zdecydowanie przedwczesny, nie ma co się laguny bać. Kolor może się wydawaę ciemny, ale na buzi łagodnieje. Pigmentacja jest średnia, więc by wyglądać jak murzin to trzeba się pędzlem namachać. I ja Laguny do modelowania używam, i uważam że nadaje się do tego celu świetnie.
Przy okazji pokażę Wam pędzel, którego do modelowania używam i mogę polecić. Jeśli chcę nałożyć brązer jak róż to ten pędzel się nie nadaje do tego celu, ale do modelowania jest świetny. Jest twardy, zbity, dobrze leży w dłoni. No i jest ładny - jeden z głównych powodów dla których go kupiłam ;)
Laguna - Orgasm
Orgasm - Laguna
pędzel Sephora
Jeśli macie możliwość kupna chociaż różu - to nie wahajcie się. Ten kosmetyk nie jest przereklamowany. Warto, dla nazwy, koloru, efektu, opakowania... :D
Poza tym to byłam sobie dzisiaj na krótkich zakupach. Nie byłabym sobą, gdybym wróciła do domu z niczym :))) Zmywacz w płatkach i żel antybakteryjny do rąk to nabytki przedwyjazdowe, cała reszta dzisiejsza. Glisten Up! do tjuningowania Audrey a No More Drama ma ładną nazwę. Poza tym wzięłam sobie korektor pod oczy, bibułki matujące i patyczki do skórek.
A na koniec kot :D Znacie Kota Simona? Jeśli nie to wujek Google Wam pomoże. Gdy zobaczyłam ten kalendarz to oczy mi się zaświeciły i musiałam, no musiałam go kupić :D Chociaż ja na co dzień nie używam takich rzeczy, to jednak z Kotem Simona chyba się przekonam do tego ustrojstwa ;))) Czy nie jest on słodki? :D
Etykiety:
Essence,
haul,
KOBO,
kolorówka: brązery,
kolorówka: róże,
NARS,
stuff
Giveaway :)
Dziękuję wszystkim za tak liczny udział :D Losowanie zrobię prawdopodobnie jutro, najpóźniej w niedzielę, bo muszę zagonić Połówka do zrobienia losów :D Także wyczekujcie wyników na dniach :)
xoxo
xoxo
czwartek, 11 listopada 2010
Miasto Lwa.
Wróciłam i na gorąco piszę posta, póki wszystko jeszcze świeże :)))
Lwów jest niesamowity. I widzę różnicę pomiędzy Lwowem w 2003 roku a Lwowem w roku 2010. Lwów sprzed 7 lat był szary, brzydki, smutny, biedny. Lwów 2010 jest piękny, remontowany, żywy, przyjazny.
Co znowu mnie uderzyło to ten brak klasy średniej - na ulicach widuje się zwykłych, normalnych ludzi ale bardziej rzuca się w oczy skrajna bieda i skrajne bogactwo. Rozklekotane Łady, które jeżdżą już chyba ostatkiem sił i wypasione Lexusy, które kosztują tyle, co, no nie oszukujemy się, domek jednorodzinny :D
Co się nie zmieniło to ruch na drogach i maniery kierowców :D Samochody we Lwowie jeżdżą jak chcą. Na małych uliczkach trzeba mieć oczy dookoła głowy bo nie wiadomo, z której strony wyjedzie nam nagle samochód. Kiedy przechodzimy przez ulicę samochody które do pasów dojeżdżają to zamiast zwalniać przyspieszają by przejechać przed pieszym. Masakra, mówię Wam. Zresztą byliśmy świadkami sytuacji, w której samochód potrącił panią. Pani wstała, otrzepała się. Kierowca wyszedł z samochodu, spytał czy wszystko okej i po tym, jak pani potwierdziła, że ok to on wsiadł w samochód i pojechał. No jaja jak berety :D
Jeśli o ceny chodzi - jedzenie jest tanie. Stołowaliśmy się w restauracjach, które w ukraińskich warunkach są ekskluzywne, a nas obiad w nich kosztował w granicach 50 złotych na dwie osoby (sic!). Buty i ubrania są drogie. I brzydkie, no nie oszukujmy się. Ja w sklepach (nawet tych droższych) widziałam ubrania dla (stereo)typowych Ukrainek (you know what I mean - błyszczące buty na mega szpilach /co dla mnie jest nie do pojęcia - bruk we Lwowie jest masakryczny, jak one po tym chodzą?/, kuse sweterki i inne takie dziwactwa :D), chociaż na targach w stylu krakowskiego Tomeksu widziałam całkiem fajne sukienki od chińczyków, ale u nas kosztują one sporo mniej :).
Byłam zdziwiona tym, jak bardzo Lwów się zmienił. Lwowiacy zyskali na tym, że będą jednym z miast-gospodarzy Euro 2012. W ostatnich wyborach prezydenckich, w których wygrał Wiktor Janukowycz, w okręgu lwowskim głosowało na niego jakieś 6% wyborców, co pana prezydenta zdenerwowało, i przykręcił on kurek z pieniędzmi na inwestycje. Więc euro spadło Lwowiakom jak z manna z nieba. W mieście dużo się dzieje, wszędzie są jakieś remonty i naprawdę miło patrzy się na to, jak to miasto się zmieniło :)
Drogerie :D Na Lwowskiej starówce jest kilka drogerii Kosmo (chyba taka lokalna sieć) i jeszcze kilka innych, też sieciowych ale nazw nie pamiętam :) W Kosmo byłam zaraz pierwszego dnia by zrobić mały rekonesans ;) Były tam szafy Maybelline, Rimmel, Astor i uwaga, uwaga - Essence :D Rzuciłam się oczywiście na te ostatnią, ale niestety nic ciekawego nie wypatrzyłam. Z limitki ciągle trwało tam Eclipse :D Żałuję bardzo, że nie kupiłam dwóch lakierów Coloramy, ale wizyty w drogeriach jakoś mi z głowy wypadły ;)
Jeśli chodzi o lokalne lub mniej lokalne ukraińskie marki - było ich sporo. Ceny wahały się w granicach 10 hrywien, co na nasze daje 2,8 za lakier. Chociaż i tak większość kosztowała 5-7 hrywien ;) Wróciłam z Lwowa bez lakieru, ale jakoś mi nie wstyd z tego powodu ;)
Aha, we Lwowie jest tez kilka drogerii z selektywnymi markami. Ceny podobne jak u nas a na przykład o kolekcji jesiennej Chanel nikt tam jeszcze nie słyszał, na standzie w drogerii w Pasażu Opera dumnie prężył się ciągle Nouvelle Vague :)
Pamiątek nie przywiozłam za wiele, chociaż kasa nam się rozpłynęła. Trochę wódki, dużo słodyczy, trochę cepelii (i tu dziękuję Cammie za porady i namiary :*). Ale na pewno przywiozłam dużo wspomnień.
P.S. Nie zdziwcie się, gdy wracając z Ukrainy będziecie stać po ukraińskiej stronie godzinami tylko dlatego, że nie wsadziliście do paszportu łapówki a po polskiej stronie celnicy przetrzepią wasze bagaże. Życie.
Trochę zdjęć (by powiększyć zdjęcie wystarczy na nie kliknąć ;)):
Lwów jest niesamowity. I widzę różnicę pomiędzy Lwowem w 2003 roku a Lwowem w roku 2010. Lwów sprzed 7 lat był szary, brzydki, smutny, biedny. Lwów 2010 jest piękny, remontowany, żywy, przyjazny.
Co znowu mnie uderzyło to ten brak klasy średniej - na ulicach widuje się zwykłych, normalnych ludzi ale bardziej rzuca się w oczy skrajna bieda i skrajne bogactwo. Rozklekotane Łady, które jeżdżą już chyba ostatkiem sił i wypasione Lexusy, które kosztują tyle, co, no nie oszukujemy się, domek jednorodzinny :D
Co się nie zmieniło to ruch na drogach i maniery kierowców :D Samochody we Lwowie jeżdżą jak chcą. Na małych uliczkach trzeba mieć oczy dookoła głowy bo nie wiadomo, z której strony wyjedzie nam nagle samochód. Kiedy przechodzimy przez ulicę samochody które do pasów dojeżdżają to zamiast zwalniać przyspieszają by przejechać przed pieszym. Masakra, mówię Wam. Zresztą byliśmy świadkami sytuacji, w której samochód potrącił panią. Pani wstała, otrzepała się. Kierowca wyszedł z samochodu, spytał czy wszystko okej i po tym, jak pani potwierdziła, że ok to on wsiadł w samochód i pojechał. No jaja jak berety :D
Jeśli o ceny chodzi - jedzenie jest tanie. Stołowaliśmy się w restauracjach, które w ukraińskich warunkach są ekskluzywne, a nas obiad w nich kosztował w granicach 50 złotych na dwie osoby (sic!). Buty i ubrania są drogie. I brzydkie, no nie oszukujmy się. Ja w sklepach (nawet tych droższych) widziałam ubrania dla (stereo)typowych Ukrainek (you know what I mean - błyszczące buty na mega szpilach /co dla mnie jest nie do pojęcia - bruk we Lwowie jest masakryczny, jak one po tym chodzą?/, kuse sweterki i inne takie dziwactwa :D), chociaż na targach w stylu krakowskiego Tomeksu widziałam całkiem fajne sukienki od chińczyków, ale u nas kosztują one sporo mniej :).
Byłam zdziwiona tym, jak bardzo Lwów się zmienił. Lwowiacy zyskali na tym, że będą jednym z miast-gospodarzy Euro 2012. W ostatnich wyborach prezydenckich, w których wygrał Wiktor Janukowycz, w okręgu lwowskim głosowało na niego jakieś 6% wyborców, co pana prezydenta zdenerwowało, i przykręcił on kurek z pieniędzmi na inwestycje. Więc euro spadło Lwowiakom jak z manna z nieba. W mieście dużo się dzieje, wszędzie są jakieś remonty i naprawdę miło patrzy się na to, jak to miasto się zmieniło :)
Drogerie :D Na Lwowskiej starówce jest kilka drogerii Kosmo (chyba taka lokalna sieć) i jeszcze kilka innych, też sieciowych ale nazw nie pamiętam :) W Kosmo byłam zaraz pierwszego dnia by zrobić mały rekonesans ;) Były tam szafy Maybelline, Rimmel, Astor i uwaga, uwaga - Essence :D Rzuciłam się oczywiście na te ostatnią, ale niestety nic ciekawego nie wypatrzyłam. Z limitki ciągle trwało tam Eclipse :D Żałuję bardzo, że nie kupiłam dwóch lakierów Coloramy, ale wizyty w drogeriach jakoś mi z głowy wypadły ;)
Jeśli chodzi o lokalne lub mniej lokalne ukraińskie marki - było ich sporo. Ceny wahały się w granicach 10 hrywien, co na nasze daje 2,8 za lakier. Chociaż i tak większość kosztowała 5-7 hrywien ;) Wróciłam z Lwowa bez lakieru, ale jakoś mi nie wstyd z tego powodu ;)
Aha, we Lwowie jest tez kilka drogerii z selektywnymi markami. Ceny podobne jak u nas a na przykład o kolekcji jesiennej Chanel nikt tam jeszcze nie słyszał, na standzie w drogerii w Pasażu Opera dumnie prężył się ciągle Nouvelle Vague :)
Pamiątek nie przywiozłam za wiele, chociaż kasa nam się rozpłynęła. Trochę wódki, dużo słodyczy, trochę cepelii (i tu dziękuję Cammie za porady i namiary :*). Ale na pewno przywiozłam dużo wspomnień.
P.S. Nie zdziwcie się, gdy wracając z Ukrainy będziecie stać po ukraińskiej stronie godzinami tylko dlatego, że nie wsadziliście do paszportu łapówki a po polskiej stronie celnicy przetrzepią wasze bagaże. Życie.
Trochę zdjęć (by powiększyć zdjęcie wystarczy na nie kliknąć ;)):
bo nie byłabym sobą bez chociaż jednego kota :D rudzik ze środka był bardzo towarzyski, wymiziałam go za uszami a on mi się łasił koło nóg; słodziak straszny :D
te zdjęcia były robione z restauracji na 5 piętrze we Lwowskiej galerii handlowej ;) mimo tego, że trzęsłam się jak galareta (w końcu to 5 piętro, duh) to zdołałam zrobić zdjęcia panoramy Lwowa :)
no a tu suweniry; koleżanka z prawego górnego rogu nie dała się przegnać, bardzo jej cukierki Roshen zasmakowały :D wszystko leży na obrusie, który jest obłędny :)))
czwartek, 4 listopada 2010
Ogloszenia parafialne :)
Dziękuję wszystkim, którzy wzięli udział w ankiecie :D Zgodnie z życzeniami będą swatche kosmetyków kolorowych, recenzje pielęgnacji, lakiery - wszystkiego po trochu :)Jeśli macie jakieś konkretne prośby wystarczy zostawić komentarz :D
Giveaway przedłużony do 11 listopada. Tak się złożyło, że w niedzielę, kiedy to rozdanie miało się skończyć, ja wyjeżdżam na kilka dni. W związku z tym macie dodatkowe 4 dni na przyłączenie się do zabawy :) Losowanie odbędzie się w któryś dzień przedłużonego weekendu. Podobnie jak ostatnio, będzie Szanowna Komisja i maszyna losująca :D
I na koniec się pochwalę, że wygrałam dwa kosmetyki KOBO w konkursie na Facebooku :D Fajnie :D
Giveaway przedłużony do 11 listopada. Tak się złożyło, że w niedzielę, kiedy to rozdanie miało się skończyć, ja wyjeżdżam na kilka dni. W związku z tym macie dodatkowe 4 dni na przyłączenie się do zabawy :) Losowanie odbędzie się w któryś dzień przedłużonego weekendu. Podobnie jak ostatnio, będzie Szanowna Komisja i maszyna losująca :D
I na koniec się pochwalę, że wygrałam dwa kosmetyki KOBO w konkursie na Facebooku :D Fajnie :D
sobota, 23 października 2010
Gilmore Girls czyli wspomnieniowo.
Ten serial jest w mojej pierwszej trójce najlepszych seriali ever. To tak słowem krótkiego wstępu :D
Gilmore Girls, czy jak kto woli Kochane Kłopoty, to serial opowiadający o dwóch kobietach, o matce i córce, które są nie tylko matka i córką - one są przyjaciółkami. Serial jest wyjątkowy: ze względu na tematykę, miejsce w którym dzieje się akcja, bohaterów drugoplanowych i niesamowite dialogi.
Gilmore Girls to 7 sezonów (153 odcinki) dobrego filmu w odcinkach. Lorelai i Rory poznajemy w chwili, w której Rory idzie do renomowanej szkoły średniej, za którą płacić będą, jej dziadkowie, z ktorymi dziewczyny mają średni kontakt (long story short: Lorelai zachodzi w ciążę w nastoletnim wieku, po porodzie wyprowadza się ze swojego dobrego domu i od tej pory radzi sobie sama, rodzice nie mogąpoznajem jej tego zapomnieć). Tak więc w każdy piątek cała rodzina spotyka się na obiedzie w posiadłości starszych Gilmore'ów.
Serial jest śmieszny, wzruszający, czasami dający do myślenia. Idziemy z Rory przez kawał jej życia, poznajemy jej miłości (Dean ciepłe kluchy, Jess bad ass i Logan, ach Logan...), towarzyszymy jej w drodze przez szkołę średnią, przez studia w jakże prestiżowym ośrodku amerykańskiej edukacji jakim jest Yale. Ale towarzyszymy też Lorelai, jej życiowym potyczkom, szukaniu miłości, budowie hotelu...
Za co ja kocham GG? Za śliczną Alexis Bledel, która gra Rory, za Kirka, za Luka, za Miss Patty, za Paula Ankę, za Sookie (za Jasona później też :D), za Michela (oh boh, facet był rewelacyjny :D, za Logana, za Stars Hollow... Za wszystko chyba. Bo to taki ciepły, rodzinny serial, dla córek, matek, babć... Kiedyś, przed erą 'znajdziesz wszystko w internecie' GG był emitowany na TVN7, do którego to kanały też dostęp był jedynie przez satelitę albo kablówkę - mówię Wam, ile było kombinowania, by obejrzeć ukochany serial raz w tygodniu, w sobotę o 19:00 bodajże. Cały tydzień czekało się na sobotę...
Gilmore Girls, czy jak kto woli Kochane Kłopoty, to serial opowiadający o dwóch kobietach, o matce i córce, które są nie tylko matka i córką - one są przyjaciółkami. Serial jest wyjątkowy: ze względu na tematykę, miejsce w którym dzieje się akcja, bohaterów drugoplanowych i niesamowite dialogi.
Gilmore Girls to 7 sezonów (153 odcinki) dobrego filmu w odcinkach. Lorelai i Rory poznajemy w chwili, w której Rory idzie do renomowanej szkoły średniej, za którą płacić będą, jej dziadkowie, z ktorymi dziewczyny mają średni kontakt (long story short: Lorelai zachodzi w ciążę w nastoletnim wieku, po porodzie wyprowadza się ze swojego dobrego domu i od tej pory radzi sobie sama, rodzice nie mogąpoznajem jej tego zapomnieć). Tak więc w każdy piątek cała rodzina spotyka się na obiedzie w posiadłości starszych Gilmore'ów.
Serial jest śmieszny, wzruszający, czasami dający do myślenia. Idziemy z Rory przez kawał jej życia, poznajemy jej miłości (Dean ciepłe kluchy, Jess bad ass i Logan, ach Logan...), towarzyszymy jej w drodze przez szkołę średnią, przez studia w jakże prestiżowym ośrodku amerykańskiej edukacji jakim jest Yale. Ale towarzyszymy też Lorelai, jej życiowym potyczkom, szukaniu miłości, budowie hotelu...
Za co ja kocham GG? Za śliczną Alexis Bledel, która gra Rory, za Kirka, za Luka, za Miss Patty, za Paula Ankę, za Sookie (za Jasona później też :D), za Michela (oh boh, facet był rewelacyjny :D, za Logana, za Stars Hollow... Za wszystko chyba. Bo to taki ciepły, rodzinny serial, dla córek, matek, babć... Kiedyś, przed erą 'znajdziesz wszystko w internecie' GG był emitowany na TVN7, do którego to kanały też dostęp był jedynie przez satelitę albo kablówkę - mówię Wam, ile było kombinowania, by obejrzeć ukochany serial raz w tygodniu, w sobotę o 19:00 bodajże. Cały tydzień czekało się na sobotę...
czwartek, 21 października 2010
Ankieta.
Z boku dodałam krótką ankietę na temat tego, o czym chciałybyście poczytać na blogu. Z założenia ten blog miał być blogiem stricte lakierowym, ale jakoś tak po drodze się to rozeszło, nadal królują swatche. Stąd moje pytanie: o czym chciałybyście czytać? Czy silić się na coś poza lakierowymi swatchami? To wszystko w sumie zależy od Was, bo ja chętna (czasem łatwiej spłodzić swatcha i recenzje brązera niż lakieru do paznokci ;)). Lakiery dalej byłby tematem przewodnim (lata miną, nim wszystko obfocę :D) ale chciałabym wiedzieć, czy interesuje Was coś spoza lakierowego światka ;)
Będę wdzięczna za wszystkie głosy :))
xo
Będę wdzięczna za wszystkie głosy :))
xo
O polskim serialu słów kilka...
Uwielbiam seriale. Teraz oglądam głównie te zagraniczne, ale dawno, dawno temu pewien polski serial zdobył moje serce. Mimo tego, że pierwszy odcinek został wyemitowany ponad 8 lat temu, ja ciągle mam w sercu dwójkę głównych bohaterów.
Domyślacie się, o jaki serial mi chodzi? Brawa dla tych, którzy zgadli :D
Kasia i Tomek. Czy serial o parze trzydziestolatków, ich życiowych problemach, przyjemnościach itp. Kasia i Tomek są w zasadzie jedynymi bohaterami, których widzimy. Reszta (tatuś Tomka, mamusia Kasi, przyjaciele i całkiem nieznajomi) są albo głosami zza kadru albo widzimy ich plecy lub półprofile.
Z racji choroby oglądam sobie od początku (powstały trzy serie serialu) i czasami po prostu sikam ze śmiechu. Bo oni są śmieszni. Kasia jest postrzelona, chodzi z głową w chmurach. Tomek to czasami gbur, zawsze zrównoważony i opanowany (nawet przy kasinej mamusi :D). Rozmowy między nimi czasami rzucają na kolana. Pokazane sytuacje też: Tomek na klopie, Tomek przeglądający się w lustrze po tym, jak poprzedniego wieczora posmarował się kremem po depilacji, Tomek na fotelu dentystycznym, Kasia cała w papilotach, Kasia w wannie, Kasia myjąca zęby, Kasia i Tomek odwiedzający ojca Tomka w więzieniu, Kasia i Tomek rozmawiający z nadpobudliwą matką Kasi...
Podoba mi się też to, jak serial jest zrobiony: krótkie scenki, których jest w całym odcinku kilka. I każda przeważnie dotyczy czego innego (chyba że odcinek jest tematyczny, jak na przykład wakacje czy wizyta u przyjaciół).
Polecam. To chyba najlepszy polski serial. I świetnie obsadzony - Joasia Brodzik śliczna jak zawsze, Paweł Wilczak brzydki jak zawsze. Pasują do siebie. No i ten serial chyba był początkiem ich związku :D
Dużo Kasi i Tomka można obejrzeć na YT. Polecam :D
Domyślacie się, o jaki serial mi chodzi? Brawa dla tych, którzy zgadli :D
Kasia i Tomek. Czy serial o parze trzydziestolatków, ich życiowych problemach, przyjemnościach itp. Kasia i Tomek są w zasadzie jedynymi bohaterami, których widzimy. Reszta (tatuś Tomka, mamusia Kasi, przyjaciele i całkiem nieznajomi) są albo głosami zza kadru albo widzimy ich plecy lub półprofile.
Z racji choroby oglądam sobie od początku (powstały trzy serie serialu) i czasami po prostu sikam ze śmiechu. Bo oni są śmieszni. Kasia jest postrzelona, chodzi z głową w chmurach. Tomek to czasami gbur, zawsze zrównoważony i opanowany (nawet przy kasinej mamusi :D). Rozmowy między nimi czasami rzucają na kolana. Pokazane sytuacje też: Tomek na klopie, Tomek przeglądający się w lustrze po tym, jak poprzedniego wieczora posmarował się kremem po depilacji, Tomek na fotelu dentystycznym, Kasia cała w papilotach, Kasia w wannie, Kasia myjąca zęby, Kasia i Tomek odwiedzający ojca Tomka w więzieniu, Kasia i Tomek rozmawiający z nadpobudliwą matką Kasi...
Podoba mi się też to, jak serial jest zrobiony: krótkie scenki, których jest w całym odcinku kilka. I każda przeważnie dotyczy czego innego (chyba że odcinek jest tematyczny, jak na przykład wakacje czy wizyta u przyjaciół).
Polecam. To chyba najlepszy polski serial. I świetnie obsadzony - Joasia Brodzik śliczna jak zawsze, Paweł Wilczak brzydki jak zawsze. Pasują do siebie. No i ten serial chyba był początkiem ich związku :D
Dużo Kasi i Tomka można obejrzeć na YT. Polecam :D
wtorek, 19 października 2010
Dzień kupy.
Miewam takie dni niezmiernie rzadko, ale jak już mam to jest tragedia. A dzisiaj wszystko się skumulowało - grypa, dzień kupy, dzień 'nikt mnie nie kocha'. I jestem ryczącą kupą złomu, z sińcami pod oczami, gniazdem os na głowie. Dobrze, że chociaż paznokcie mam ładne, to je podziwiam.
Zazwyczaj gdy bierze mnie taka niemoc to idę w miasto, kupuję sobie coś ładnego, później zamawiam dobry obiad a wieczorem opróżniam butelkę rumu i następnego ranka jestem jak nowa. Ale dzisiaj nie będzie łatwo, bo mam areszt domowy, kupić coś mogę jedynie via siec, ale co to za przyjemność?, mój zmysł smaku ma wolne a rum niewskazany z lekarstwami, które biorę. Kaszana, right? Więc leżę w łóżku, w jednym termosie herbata, w drugim kakao, paczka Oreo's na stoliku nocnym, Nutella wala się po podłodze, Kleenex na podorędziu.
Przyznam się szczerze, że jestem strasznie żałosna jak jestem chora. Nie choruję często, ale jak już zachoruję to, majgad, gorzej niż z chłopem. Jęczę, umieram przynajmniej raz na godzinę, katar mnie wykańcza, kaszel mnie zabija, gorączka mnie osłabia. Podziwiam tych, którzy ze mną są podczas mojej choroby, bo w sumie wcale bym się nie zdziwiła, gdyby mnie na ten czas zamknęli w pokoju bez klamek a jedzenie i medykamenty dostawałabym przez mini-okienko w drzwiach. Święte ludzie, ci moi bliscy.
Kończę, musiałam się po prostu wyżalić :D Dzień kupy i grypa zdecydowanie nie powinny ze sobą współpracować. Ale że nieszczęścia chodzą parami, a ja jestem jak magnes... Matematyka jest prosta :)
Zazwyczaj gdy bierze mnie taka niemoc to idę w miasto, kupuję sobie coś ładnego, później zamawiam dobry obiad a wieczorem opróżniam butelkę rumu i następnego ranka jestem jak nowa. Ale dzisiaj nie będzie łatwo, bo mam areszt domowy, kupić coś mogę jedynie via siec, ale co to za przyjemność?, mój zmysł smaku ma wolne a rum niewskazany z lekarstwami, które biorę. Kaszana, right? Więc leżę w łóżku, w jednym termosie herbata, w drugim kakao, paczka Oreo's na stoliku nocnym, Nutella wala się po podłodze, Kleenex na podorędziu.
Przyznam się szczerze, że jestem strasznie żałosna jak jestem chora. Nie choruję często, ale jak już zachoruję to, majgad, gorzej niż z chłopem. Jęczę, umieram przynajmniej raz na godzinę, katar mnie wykańcza, kaszel mnie zabija, gorączka mnie osłabia. Podziwiam tych, którzy ze mną są podczas mojej choroby, bo w sumie wcale bym się nie zdziwiła, gdyby mnie na ten czas zamknęli w pokoju bez klamek a jedzenie i medykamenty dostawałabym przez mini-okienko w drzwiach. Święte ludzie, ci moi bliscy.
Kończę, musiałam się po prostu wyżalić :D Dzień kupy i grypa zdecydowanie nie powinny ze sobą współpracować. Ale że nieszczęścia chodzą parami, a ja jestem jak magnes... Matematyka jest prosta :)
piątek, 8 października 2010
Feeria barw...
Jakby ktoś jeszcze nie zauważył - uwielbiam lakiery do paznokci :D Niby niewiele, ale kolorowe paznokcie potrafią ożywić każdy strój i poprawić każdy nastrój ;) W tej chwili już nie noszę NIEPOMALOWANYCH paznokci a na zakupach w drogeriach pierwsze sprawdzam lakierowe nowości ;) Małe zboczenie :D
Jeszcze niedawno nie uznawałam innych paznokci niż czerwone. Nie miałam może wielu czerwonych lakierów, ale miałam tylko takie i tylko takie na paznokciach nosiłam. Dalej uważam, że czerwień na paznokciach jest kobieca, seksowna, elegancka i klasyczna, jednak odchodzę trochę od czerwieni w stronę innych kolorów.
Nie mam ulubionego czerwonego lakieru. Uznaje chyba wszystkie prócz tych brązowawych i rdzawych. Lubię różowe czerwienie, żółte czy niebieskie tez ujdą w tłumie ;) Nie cierpię czerwieni pomarańczowych, ugh paskudki. Najbardziej chyba podobają mi się te neutralne, klasyczne czerwone odcienie. W takich też najlepiej wyglądam. Najwięcej mam kremów, to na pewno. Ale lubię tez glittery czy drobinkowo-shimmerowe czerwienie.
W moich zbiorach ciągle króluje czerwień, ale innych dóbr też mi się namnożyło (lakiery mają tę dziwną przypadłość, że mnożą się jak króliki :D).
Nie samą czerwienią człowiek żyje. Klub Lakierowy zmienia trochę poglądy człeka na kolory :D No i te lakierowe blogi, które powstają w tempie ekspresowym. Naoglądałam się ja zdjęć pięknych i zapragnęłam zmian. Na przykład fiolety. Fiolet ma tyle twarzy: przykurzone lawendy, żywe biskupie barwy, albo ciemne, kobiece vampy. Może nie nosze fioletów często, ale lubię na nie patrzeć w buteleczkach. I jak już mnie na fioletowe paznokcie najdzie ochota, to przynajmniej mam w czym wybierać ;)
Uwielbiam też wszelkie barwy ziemi, czyli taupe. Są niezobowiązujące, eleganckie ale jednak zwracają uwagę. Jest tez tak, że taupe taupe'owi nierówny - jedne są bardziej szare, drugie bardziej brązowe a trzecie mają wrzosowe nutki. A niby to taki zwykły, brejowaty kolor...
Nigdy nie podejrzewałabym siebie o to, że KIEDYKOLWIEK będę nosić niebieskie paznokcie. Ale jak to się mówi never say never, i oto mam sporą kolekcje niebieskich lakierów :) Teale, granaty, żywe niebowe niebieskości - uwielbiam wszystkie, chociaż moim faworytem są zdecydowanie te zielone niebieskości. Albo te lekko przykurzone :D
Podsumowując: mam w swoich zbiorach chyba wszystkie kolory tęczy :)))) Od prawie białych po czarne, od kremowych po brokaty. Wyznaję zasadę, że dzień bez nowego lakieru to dzień stracony, i bardzo często się do tego stosuję :))) Każdy nowy lakier to dla mnie ogromna radość :D Ale ciągle słyszę z ust mamy, ze kiedyś dzieci lakierami nie wykarmię i nie napoję :D Czy mama ma rację? :DDDD
Jeszcze niedawno nie uznawałam innych paznokci niż czerwone. Nie miałam może wielu czerwonych lakierów, ale miałam tylko takie i tylko takie na paznokciach nosiłam. Dalej uważam, że czerwień na paznokciach jest kobieca, seksowna, elegancka i klasyczna, jednak odchodzę trochę od czerwieni w stronę innych kolorów.
Nie mam ulubionego czerwonego lakieru. Uznaje chyba wszystkie prócz tych brązowawych i rdzawych. Lubię różowe czerwienie, żółte czy niebieskie tez ujdą w tłumie ;) Nie cierpię czerwieni pomarańczowych, ugh paskudki. Najbardziej chyba podobają mi się te neutralne, klasyczne czerwone odcienie. W takich też najlepiej wyglądam. Najwięcej mam kremów, to na pewno. Ale lubię tez glittery czy drobinkowo-shimmerowe czerwienie.
W moich zbiorach ciągle króluje czerwień, ale innych dóbr też mi się namnożyło (lakiery mają tę dziwną przypadłość, że mnożą się jak króliki :D).
Nie samą czerwienią człowiek żyje. Klub Lakierowy zmienia trochę poglądy człeka na kolory :D No i te lakierowe blogi, które powstają w tempie ekspresowym. Naoglądałam się ja zdjęć pięknych i zapragnęłam zmian. Na przykład fiolety. Fiolet ma tyle twarzy: przykurzone lawendy, żywe biskupie barwy, albo ciemne, kobiece vampy. Może nie nosze fioletów często, ale lubię na nie patrzeć w buteleczkach. I jak już mnie na fioletowe paznokcie najdzie ochota, to przynajmniej mam w czym wybierać ;)
Uwielbiam też wszelkie barwy ziemi, czyli taupe. Są niezobowiązujące, eleganckie ale jednak zwracają uwagę. Jest tez tak, że taupe taupe'owi nierówny - jedne są bardziej szare, drugie bardziej brązowe a trzecie mają wrzosowe nutki. A niby to taki zwykły, brejowaty kolor...
Nigdy nie podejrzewałabym siebie o to, że KIEDYKOLWIEK będę nosić niebieskie paznokcie. Ale jak to się mówi never say never, i oto mam sporą kolekcje niebieskich lakierów :) Teale, granaty, żywe niebowe niebieskości - uwielbiam wszystkie, chociaż moim faworytem są zdecydowanie te zielone niebieskości. Albo te lekko przykurzone :D
Podsumowując: mam w swoich zbiorach chyba wszystkie kolory tęczy :)))) Od prawie białych po czarne, od kremowych po brokaty. Wyznaję zasadę, że dzień bez nowego lakieru to dzień stracony, i bardzo często się do tego stosuję :))) Każdy nowy lakier to dla mnie ogromna radość :D Ale ciągle słyszę z ust mamy, ze kiedyś dzieci lakierami nie wykarmię i nie napoję :D Czy mama ma rację? :DDDD
A Wy, jakie kolory na paznokciach tolerujecie, lubicie, preferujecie? :D Na jaki kolor nigdy nie pomalujecie paznokci? :)
czwartek, 7 października 2010
Guilty pleasures.
Każda z nas ma jakieś swoje gulity pleasures, chociaż nie każda się do tego publicznie przyzna :D
Sama mam takie, hmmm, obciachowe przyjemnostki albo przyjemnostki, po których pąs wypływa na me lico i za nic się bliskim nie przyznam, że lubię robić to, co robię w ukryciu. Pokręcone, wiem.
Jedną z wielu moich GP są filmy z Hugh Grantem. Oh my, kocham tego faceta. Za akcent, za wygląd, za to, że dobrze gra. Bo potrafi wcielić się w macho (Bridget Jones's Diary), ciapowatego premiera (Love Actually) czy sympatycznego księgarza (Notting Hill - i tu jest podwójna GP, bo czy jest coś lepszego jak Hugh Grant na wizji z Ronenem Keating'iem w tle? oczywiście, że nie ma :D). A już film pod tytułem O Angliku, który wszedł na wzgórze, ale zszedł z góry (The Englishman Who Went Up a Hill But Came Down a Mountain) jest obłędny :D Widziałam chyba wszystkie filmy z Hugh, jestem wielką jego wielką fanką, aczkolwiek tak przy ludziach to się do tego nie przyznaję xD
Kolejną moją przyjemnostką jest wyjadanie Nutelli prosto ze słoika. Domownicy się dziwią, że Nutella znika w tempie ekspresowym, winnych oczywiście nie ma. A ja potrafię nawet i o trzeciej nad ranem zejść do kuchni i jeść. Może to niezdrowe, może niehigieniczne ale jak przyjemne! Nutella w innej postaci niż łychą ze słoja nie smakuje tak dobrze :]
Co jeszcze, hmmm. No może to, że lubię oglądać reklamy bielizny (męskiej ofc) Calvina Kleina? Najnowszymi czterema żywiołami mogłabym sobie pokój wytapetować. A pierwsza reklama z markiem Wahlbergiem? O losie mój.
Ja wiem, ze reklamy CK są dość erotyczne, dla niektórych nawet wulgarne, ale mnie podnoszą ciśnienie, znacznie :D
Lubię wątróbkę drobiową. Wszyscy reagują na to mniej więcej tak *rzyg* więc już przestałam to ogłaszać wszem i wobec. Ale lubię. Uwielbiam wręcz. Podobnie jak surowe mięso w postaci tatara. Oddałabym nerkę za talerz dobrego tatara.
Uwielbiam Teda Mosby'ego. Moi znajomi, którzy HIMYM oglądają, Teda wręcz nie cierpią. A ja go uwielbiam. Have you met Ted? :D
Kiedy choruję muszę być traktowana ciastkami Oreo i Nutellą. I wiedzą o tym dwie osoby. Bez Oreo i Nutelli jestem upierdliwa jak stara baba.
A Wy, macie jakieś swoje guilty pleasures? :D
Sama mam takie, hmmm, obciachowe przyjemnostki albo przyjemnostki, po których pąs wypływa na me lico i za nic się bliskim nie przyznam, że lubię robić to, co robię w ukryciu. Pokręcone, wiem.
Jedną z wielu moich GP są filmy z Hugh Grantem. Oh my, kocham tego faceta. Za akcent, za wygląd, za to, że dobrze gra. Bo potrafi wcielić się w macho (Bridget Jones's Diary), ciapowatego premiera (Love Actually) czy sympatycznego księgarza (Notting Hill - i tu jest podwójna GP, bo czy jest coś lepszego jak Hugh Grant na wizji z Ronenem Keating'iem w tle? oczywiście, że nie ma :D). A już film pod tytułem O Angliku, który wszedł na wzgórze, ale zszedł z góry (The Englishman Who Went Up a Hill But Came Down a Mountain) jest obłędny :D Widziałam chyba wszystkie filmy z Hugh, jestem wielką jego wielką fanką, aczkolwiek tak przy ludziach to się do tego nie przyznaję xD
Kolejną moją przyjemnostką jest wyjadanie Nutelli prosto ze słoika. Domownicy się dziwią, że Nutella znika w tempie ekspresowym, winnych oczywiście nie ma. A ja potrafię nawet i o trzeciej nad ranem zejść do kuchni i jeść. Może to niezdrowe, może niehigieniczne ale jak przyjemne! Nutella w innej postaci niż łychą ze słoja nie smakuje tak dobrze :]
Co jeszcze, hmmm. No może to, że lubię oglądać reklamy bielizny (męskiej ofc) Calvina Kleina? Najnowszymi czterema żywiołami mogłabym sobie pokój wytapetować. A pierwsza reklama z markiem Wahlbergiem? O losie mój.
Ja wiem, ze reklamy CK są dość erotyczne, dla niektórych nawet wulgarne, ale mnie podnoszą ciśnienie, znacznie :D
Lubię wątróbkę drobiową. Wszyscy reagują na to mniej więcej tak *rzyg* więc już przestałam to ogłaszać wszem i wobec. Ale lubię. Uwielbiam wręcz. Podobnie jak surowe mięso w postaci tatara. Oddałabym nerkę za talerz dobrego tatara.
Uwielbiam Teda Mosby'ego. Moi znajomi, którzy HIMYM oglądają, Teda wręcz nie cierpią. A ja go uwielbiam. Have you met Ted? :D
Kiedy choruję muszę być traktowana ciastkami Oreo i Nutellą. I wiedzą o tym dwie osoby. Bez Oreo i Nutelli jestem upierdliwa jak stara baba.
A Wy, macie jakieś swoje guilty pleasures? :D
środa, 6 października 2010
Za co kochamy TBBT?
Miał być post lakierowy, zbiorowy dokładniej, ale niestety nie wyszło. Zaginęły mi dwa lakiery, nie mam pojęcia co je wsysło :(
Więc będzie o... moim ukochanym serialu :)
The Big Bang Theory (polski tytuł Teoria Wielkiego Podrywu) to serial o naukowcach. Fizykach. Głównymi bohaterami są Leonard i Sheldon. Dochodzącymi postaciami są Raj i Howard. Czterej panowie razem tworzą mieszankę wybuchową.
Sheldon jest egocentrykiem. Wysokie IQ, dwa doktoraty... Taaak. Naukowiec :D Trochę szalony, w taki dziwny sposób (można wspomnieć chociażby to, że na imprezę Halloweenową przebrał się za... efekt Dopplera :D). Jest słodki i uroczy, i w ogóle och ach.
Leonard. Też naukowiec, też nieco szalony. Nie jest tak skoncentrowany na sobie jak Sheldon. I stara się zauważac ludzi, którzy są dookoła niego. uroczy mężczyzna po prostu. Typowy geek. Jednak, imo, najnudniejsza postac serialu :D
Raj. Mój ulubieniec. Imigrant z Indii. Ma taką dziwną przypadłość, że z kobietami na trzeźwo nie rozmawia :D
Howard. Można rzec, że najgłupszy z całej czwórki, jako jedyny nie ma doktoratu (co mu Sheldon chyba kilak razy wypomniał). Howard to taki pies na baby. Tylko, że jakos nie ma takiej baby, która by go chciała :D
I jest jeszcze Penny. Sąsiadka Leonarda i Sheldona. Wywraca ich poukładany świat do góry nogami. Śpiewa Sheldonowi kołysanki, smaruje mu klatkę piersiową gdy jest chory, w prezencie świątecznym dała mu nawet DNA znanego naukowca. A związała się z Leonardem.
Muszę przyznać, ze jestem nieco opóźniona w 4 sezonie, jeszcze nie widziałam żadnego odcinka. Ale nadrobię, bo ja bez tych ludzi już żyć nie mogę :D Jeden z lepszych seriali ostatnich lat.
Na koniec mój ulubiony fragment.
Soft kitty, warm kitty, little ball of fur. Happy kitty, sleepy kitty, purr, purr, purr.
Więc będzie o... moim ukochanym serialu :)
The Big Bang Theory (polski tytuł Teoria Wielkiego Podrywu) to serial o naukowcach. Fizykach. Głównymi bohaterami są Leonard i Sheldon. Dochodzącymi postaciami są Raj i Howard. Czterej panowie razem tworzą mieszankę wybuchową.
Sheldon jest egocentrykiem. Wysokie IQ, dwa doktoraty... Taaak. Naukowiec :D Trochę szalony, w taki dziwny sposób (można wspomnieć chociażby to, że na imprezę Halloweenową przebrał się za... efekt Dopplera :D). Jest słodki i uroczy, i w ogóle och ach.
Leonard. Też naukowiec, też nieco szalony. Nie jest tak skoncentrowany na sobie jak Sheldon. I stara się zauważac ludzi, którzy są dookoła niego. uroczy mężczyzna po prostu. Typowy geek. Jednak, imo, najnudniejsza postac serialu :D
Raj. Mój ulubieniec. Imigrant z Indii. Ma taką dziwną przypadłość, że z kobietami na trzeźwo nie rozmawia :D
Howard. Można rzec, że najgłupszy z całej czwórki, jako jedyny nie ma doktoratu (co mu Sheldon chyba kilak razy wypomniał). Howard to taki pies na baby. Tylko, że jakos nie ma takiej baby, która by go chciała :D
I jest jeszcze Penny. Sąsiadka Leonarda i Sheldona. Wywraca ich poukładany świat do góry nogami. Śpiewa Sheldonowi kołysanki, smaruje mu klatkę piersiową gdy jest chory, w prezencie świątecznym dała mu nawet DNA znanego naukowca. A związała się z Leonardem.
Muszę przyznać, ze jestem nieco opóźniona w 4 sezonie, jeszcze nie widziałam żadnego odcinka. Ale nadrobię, bo ja bez tych ludzi już żyć nie mogę :D Jeden z lepszych seriali ostatnich lat.
Na koniec mój ulubiony fragment.
Soft kitty, warm kitty, little ball of fur. Happy kitty, sleepy kitty, purr, purr, purr.
wtorek, 5 października 2010
Sunshine Award :)
Zostałam nagrodzona :) To jest strasznie miłe uczucie :D
Sunshine Award przyznała mi Taya z bloga Sanje so večne (thanks Taya :*). Reguły i zasady? Proste :D
1. Zapisz zdjęcie, które jest powyżej i umieść je na własnym blogu.
2. Przyznaj nagrodę 12 innym bloggerom.
3. Zalinkuj blogi, którym przyznałaś nagrodę.
4. Zostaw komentarz ze stosowną informacją o nagrodzie na odpowiednich blogach.
5. Podziel się linkiem do bloga osoby, która przyznała ci te nagrodę.
Do dzieła więc :D Sunshine Award wędruje do:
1. Noli
2. Migdałki
3. Zuzi
4. Sabbathy
5. Kasi
6. Kamili
7. MizzV
8. Marty
9. Cammie
10. Hexxany
11. Pilar
12. Isy
(kolejność losowa)
Dziękować za uwagę, do usłyszenia :D
Sunshine Award przyznała mi Taya z bloga Sanje so večne (thanks Taya :*). Reguły i zasady? Proste :D
1. Zapisz zdjęcie, które jest powyżej i umieść je na własnym blogu.
2. Przyznaj nagrodę 12 innym bloggerom.
3. Zalinkuj blogi, którym przyznałaś nagrodę.
4. Zostaw komentarz ze stosowną informacją o nagrodzie na odpowiednich blogach.
5. Podziel się linkiem do bloga osoby, która przyznała ci te nagrodę.
Do dzieła więc :D Sunshine Award wędruje do:
1. Noli
2. Migdałki
3. Zuzi
4. Sabbathy
5. Kasi
6. Kamili
7. MizzV
8. Marty
9. Cammie
10. Hexxany
11. Pilar
12. Isy
(kolejność losowa)
Dziękować za uwagę, do usłyszenia :D
Buble.
Nie, nie chodzi mi o Michaela Buble. Chodzi mi o kosmetyczne buble.
Jak to się mówi? Trzeba pocałować mnóstwo żab, by w końcu znaleźć księcia. Z kosmetykami jest tak samo - trzeba wypróbować trochę bubli, by w końcu znaleźć to, bez czego żyć nie możemy.
To ja może zacznę od dość dużego kalibru. Firma Ziaja to, IMO, największa porażka polskiego rynku kosmetycznego. Ja wiem, że Ziaja ma wiele fanek. Ja jednak do nich nie należę. Co się skusze na jakiś kosmetyk to później płaczę, bo owo cudo (bo zawsze skuszam się na to, co jest polecane i podobno och ach i ech) zrobiło mi krzywdę. Tak było chociażby z niepozorną tubeczką chowającą maść - naturalny opatrunek regenerujący. Nic mi wcześniej tak skóry nie wysuszyło. A niby to cudo miało regenerować. Ja się pytam: co regenerować? Skoro nawet z delikatnie suchą skórą sobie ta maść nie poradziła?
Albo na przykład masła do ciała. Masła? MASŁA? Toż to lepkie i tłuste mazie, które na skórze trwały niewzruszone tym, że podobno miały się wchłaniać. No i te zapachy - trawiasta oliwka, wyrób czekoladopodobny zwany kakao, przypalony budyń waniliowy albo już, o zgrozo, zgniła pomarańcza (to był chyba mój największy koszmar kosmetyczny - masło pomarańczowe *mdleje*). Hm, co tam jeszcze było... Aaaaa. Moja ukochana seria z czarnym bzem. Krem - rewelacja po prostu. Zapchał moją niezapychalną skórę na amen. Jak się pewnego poranka w lustrze zobaczyłam to zapragnęłam zapaść się pod ziemię. Teraz już jestem mądra i w stronę Ziaji nawet nie spoglądam. Ale jednak człowiek młody był, i głupi...
Są takie chwile w życiu człowieka, kiedy chce ten człowiek wyglądać nieskazitelnie. Mamy dostęp do różnych poprawiajek urody i chętnie po nie sięgamy. Sięgłam i ja. Po kosmetyk, który bardzo ładnie się nazywa - Dr Feelgood. Cos I wanna feel good. Znacie to cudo Benefita? Śliczna puszeczka kryjąca w sobie pastę. Silikonową. Która ma, teoretycznie, matować, wygładzać i inne takie sraty taty. Nie muszę chyba pisać, że Dr Feelogood to pic na wodę fotomontaż? Muszę? To piszę: Dr Feelogood to pic na wodę fotomontaż. Zdania nie zmienię. Silikon w czystej postaci nie matuje. Może wygładza (jak wszystkie inne silikony) a na inne starty taty uwagi nie zwracałam, bo zastanawiałam się, jak się ma moja cera pod tym silikonowym kocykiem. Oddycha? Nie oddycha? Oddycha?
Kocham Benefita całym serduchem, ale jednak Feelgood nie jest takim feel goodem jak mu sie wydaje. Rżnie kozaka, i nie ze mną takie zabawy.
O tuszach do rzęs moglabym chyba epopeję napisać :D Przetestowałam tego tyle, że już sama nie wiem ile. Ale jeden z tuszy pamiętam bardzo dobrze. Skusiłam się na niego, bo lubię nowinki. A to była nowinka nie byle jaka. Oj nie. Bo jak to, kulista szczoteczka? To tym się da pomalować rzęsy? Niemożliwe!
No, niemożliwe, indeed. Phenomen'Eyes, bo o nim mowa, to bubel dekady. Kulista szczoteczka to niewypał jakich mało. Tuszu się na tym czymś zbierało tyle, że możnaby za jendym razem z 10 par oczu umalować. Przebolałabym, gdyby nie to, że tusz ze szczoteczki zostawał na rzęsach - pomyślicie pewnie wariatka, przecież tak ma być! - no tak. Ale na rzęsach zostawał ten tusz dla 19 innych oczu. A tyle mi na pewno nie trzeba. W związku z tym po umalowaniu rzęs wyglądałam jak mis panda. A proces czyszczenia powiek trwał baaardzo długo. Od tamtej pory w stronę takich nowinek nie spoglądam nawet.
O. Wiem. Pianka do włosów Syoss. Taka niebieska, Volume Lift czy jakoś tak. Ja to się w ogóle na Syossa napaliłam jak szczerbaty na suchary. I się mocno rozczarowałam. Zaczęłam od pianki, która to pianką dodającą objętość jest tylko z nazwy. Ja nie wiem, może tylko ja miałam felerny egzemplarz ale... z mojego aplikatorka, dozowniczka, zwał jak zwał - nie wychodziła pianka a płyn. Spróbujcie taki płyn we włosy wgnieść. No nie da rady, choćbym skisła. W końcu doszłam do tego, ze butelką trzeba wstrząsać kilka dobrych minut, by ubić w nim pianę. Ale co z tego, skoro efektów ciągle brak? Kosmetyk ten koncertowo sklejał mi włosy. No po prostu dredy bez dredowania. Awesome? Not really. Było to obleśne i ohydne. A ja głupia jeszcze po Syosowe szampony i odzywki sięgnęłam. A niby się człowiek na swych błędach uczy... Przygoda z Syossem była krótka acz intensywna. Wszystkie kosmetyki wylądowały w koszu, bo nawet nie chciałam nimi wodociągów traktować. Szkoda mi rur.
Na swoim koncie mam jeszcze wpadki z Lysanelem (spalił mi skórę na czole xD), balsamem Garniera z mocznikiem (pomijającCUDNY -.-' zapach, masakrycznie mnie podrażnił), bazą top2bottom Orly (o niej kiedy indziej, solo :D), chusteczka samoopalającą Vichy (moje łydki nigdy wcześniej nie zaznały takiej ilości peelingu :D), plastrami na nos jakiejś firmy, która swego czasu ekspedientki wciskały na siłę w Douglasie (plaster nie chciał się odkleić od mojego biednego noska, i tak mi podrażnił skórę, że wyglądałam jak Rudolf przez kilka dni) etc, etc. Wesołe jest moje kosmetyczne życie, nie ma co.
A Wy, jakimi bublami możecie się pochwalić? :D
Jak to się mówi? Trzeba pocałować mnóstwo żab, by w końcu znaleźć księcia. Z kosmetykami jest tak samo - trzeba wypróbować trochę bubli, by w końcu znaleźć to, bez czego żyć nie możemy.
To ja może zacznę od dość dużego kalibru. Firma Ziaja to, IMO, największa porażka polskiego rynku kosmetycznego. Ja wiem, że Ziaja ma wiele fanek. Ja jednak do nich nie należę. Co się skusze na jakiś kosmetyk to później płaczę, bo owo cudo (bo zawsze skuszam się na to, co jest polecane i podobno och ach i ech) zrobiło mi krzywdę. Tak było chociażby z niepozorną tubeczką chowającą maść - naturalny opatrunek regenerujący. Nic mi wcześniej tak skóry nie wysuszyło. A niby to cudo miało regenerować. Ja się pytam: co regenerować? Skoro nawet z delikatnie suchą skórą sobie ta maść nie poradziła?
Albo na przykład masła do ciała. Masła? MASŁA? Toż to lepkie i tłuste mazie, które na skórze trwały niewzruszone tym, że podobno miały się wchłaniać. No i te zapachy - trawiasta oliwka, wyrób czekoladopodobny zwany kakao, przypalony budyń waniliowy albo już, o zgrozo, zgniła pomarańcza (to był chyba mój największy koszmar kosmetyczny - masło pomarańczowe *mdleje*). Hm, co tam jeszcze było... Aaaaa. Moja ukochana seria z czarnym bzem. Krem - rewelacja po prostu. Zapchał moją niezapychalną skórę na amen. Jak się pewnego poranka w lustrze zobaczyłam to zapragnęłam zapaść się pod ziemię. Teraz już jestem mądra i w stronę Ziaji nawet nie spoglądam. Ale jednak człowiek młody był, i głupi...
Są takie chwile w życiu człowieka, kiedy chce ten człowiek wyglądać nieskazitelnie. Mamy dostęp do różnych poprawiajek urody i chętnie po nie sięgamy. Sięgłam i ja. Po kosmetyk, który bardzo ładnie się nazywa - Dr Feelgood. Cos I wanna feel good. Znacie to cudo Benefita? Śliczna puszeczka kryjąca w sobie pastę. Silikonową. Która ma, teoretycznie, matować, wygładzać i inne takie sraty taty. Nie muszę chyba pisać, że Dr Feelogood to pic na wodę fotomontaż? Muszę? To piszę: Dr Feelogood to pic na wodę fotomontaż. Zdania nie zmienię. Silikon w czystej postaci nie matuje. Może wygładza (jak wszystkie inne silikony) a na inne starty taty uwagi nie zwracałam, bo zastanawiałam się, jak się ma moja cera pod tym silikonowym kocykiem. Oddycha? Nie oddycha? Oddycha?
Kocham Benefita całym serduchem, ale jednak Feelgood nie jest takim feel goodem jak mu sie wydaje. Rżnie kozaka, i nie ze mną takie zabawy.
O tuszach do rzęs moglabym chyba epopeję napisać :D Przetestowałam tego tyle, że już sama nie wiem ile. Ale jeden z tuszy pamiętam bardzo dobrze. Skusiłam się na niego, bo lubię nowinki. A to była nowinka nie byle jaka. Oj nie. Bo jak to, kulista szczoteczka? To tym się da pomalować rzęsy? Niemożliwe!
No, niemożliwe, indeed. Phenomen'Eyes, bo o nim mowa, to bubel dekady. Kulista szczoteczka to niewypał jakich mało. Tuszu się na tym czymś zbierało tyle, że możnaby za jendym razem z 10 par oczu umalować. Przebolałabym, gdyby nie to, że tusz ze szczoteczki zostawał na rzęsach - pomyślicie pewnie wariatka, przecież tak ma być! - no tak. Ale na rzęsach zostawał ten tusz dla 19 innych oczu. A tyle mi na pewno nie trzeba. W związku z tym po umalowaniu rzęs wyglądałam jak mis panda. A proces czyszczenia powiek trwał baaardzo długo. Od tamtej pory w stronę takich nowinek nie spoglądam nawet.
O. Wiem. Pianka do włosów Syoss. Taka niebieska, Volume Lift czy jakoś tak. Ja to się w ogóle na Syossa napaliłam jak szczerbaty na suchary. I się mocno rozczarowałam. Zaczęłam od pianki, która to pianką dodającą objętość jest tylko z nazwy. Ja nie wiem, może tylko ja miałam felerny egzemplarz ale... z mojego aplikatorka, dozowniczka, zwał jak zwał - nie wychodziła pianka a płyn. Spróbujcie taki płyn we włosy wgnieść. No nie da rady, choćbym skisła. W końcu doszłam do tego, ze butelką trzeba wstrząsać kilka dobrych minut, by ubić w nim pianę. Ale co z tego, skoro efektów ciągle brak? Kosmetyk ten koncertowo sklejał mi włosy. No po prostu dredy bez dredowania. Awesome? Not really. Było to obleśne i ohydne. A ja głupia jeszcze po Syosowe szampony i odzywki sięgnęłam. A niby się człowiek na swych błędach uczy... Przygoda z Syossem była krótka acz intensywna. Wszystkie kosmetyki wylądowały w koszu, bo nawet nie chciałam nimi wodociągów traktować. Szkoda mi rur.
Na swoim koncie mam jeszcze wpadki z Lysanelem (spalił mi skórę na czole xD), balsamem Garniera z mocznikiem (pomijając
A Wy, jakimi bublami możecie się pochwalić? :D
sobota, 18 września 2010
Girl stuff and H&M haul.
Dzisiaj miałam bardzo babski dzień - tylko ja i moja przyjaciółka. I dużo śmieciowego żarcia, lodów, krzyków, śmiechu... Bardzo potrzebowałam takiej chwili tylko dla siebie.
Oczywiście nie mogło się obejść bez nowych lakierów :D W H&Mie wypatrzyłam śliczną szarość - Miss Stone Heart. Wzięłam też brudny róż, który wpadł mi w oko w zeszłym tygodniu - Get a Rose 4 Me. Zwłaszcza tego drugiego jestem ciekawa - to teoretycznie nie moja barwa wojenna, ale tak ślicznie wygląda w buteleczce... :D
Today was a girl day :D Just me and my best girlfriend. There was a lot of junk food, ice-creams, screams and laugh :D I'm so happy now, I needed some girl-time for a long time now.
And, surprise surprise, I bought two polishes today - day without a new varnish is a day wasted, right? :D I purchased two polishes by H&M - Miss Stone Heart (it's a pretty grey shade) and Get a Rose 4 Me (much prettier dirty pink - so girly and a little OOC for me, but we'll see how it'll look like :D).
Oczywiście nie mogło się obejść bez nowych lakierów :D W H&Mie wypatrzyłam śliczną szarość - Miss Stone Heart. Wzięłam też brudny róż, który wpadł mi w oko w zeszłym tygodniu - Get a Rose 4 Me. Zwłaszcza tego drugiego jestem ciekawa - to teoretycznie nie moja barwa wojenna, ale tak ślicznie wygląda w buteleczce... :D
Today was a girl day :D Just me and my best girlfriend. There was a lot of junk food, ice-creams, screams and laugh :D I'm so happy now, I needed some girl-time for a long time now.
And, surprise surprise, I bought two polishes today - day without a new varnish is a day wasted, right? :D I purchased two polishes by H&M - Miss Stone Heart (it's a pretty grey shade) and Get a Rose 4 Me (much prettier dirty pink - so girly and a little OOC for me, but we'll see how it'll look like :D).
wtorek, 7 września 2010
I'm lost.
Nieeeeeeeenawidzę mokrej jesieni! Argh. Żyć się nie chce, gdy za oknem wichura, deszcz i zimno. Nawet moje koty nie mają już ochoty brykać w ogrodzie tylko wyszukują najcieplejsze miejsca w domu by móc grzać dupki. To jest znak, że jesień przyszła już na dobre. Bo jeśli Maruda nie wychodzi (a ona jest kotem wychodzącym - ale tylko wtedy, gdy jest ciepło) to jest źle. A Maruda nie wychodzi, świat zewnętrzny ogląda tylko z perspektywy naszego okna na pierwszym piętrze.
Co robić w taką pogodę? Jak sobie uprzyjemnić te szare czasy? Trzeba pomalować sobie paznokcie na typowo letni kolor, a co :D U mnie padło na Lost without My GPS - śliczny koralik pomieszany z czerwienią. W butelce to bardziej czerwień niż koralik, na paznokciach moich oczywiście bardziej koralik niż czerwień ale nie bije po oczach neonową pomarańczą, więc jest dobrze.
Jestem zakochana w lakierach $OPI. Kocham w nich wszystko - od pędzelka, przez konsystencję po krycie i trwałość.
Weather sukcs, still. I hate cold, rain (although it is summer rain, but no - today's rain is awfully autumn-like). So what to do, what to do? Paint your nails on summer-y color, like I've done :D
My NOTD today is Lost without My GPS. It's beautiful shade of coral red (more coral, less red). I love it, although it has so much orange. But on me it still looks like coral-ish red, not like an atomic orange :D Application was really nice. I love $OPI's brushes, consistency and opacity.
Co robić w taką pogodę? Jak sobie uprzyjemnić te szare czasy? Trzeba pomalować sobie paznokcie na typowo letni kolor, a co :D U mnie padło na Lost without My GPS - śliczny koralik pomieszany z czerwienią. W butelce to bardziej czerwień niż koralik, na paznokciach moich oczywiście bardziej koralik niż czerwień ale nie bije po oczach neonową pomarańczą, więc jest dobrze.
Jestem zakochana w lakierach $OPI. Kocham w nich wszystko - od pędzelka, przez konsystencję po krycie i trwałość.
Weather sukcs, still. I hate cold, rain (although it is summer rain, but no - today's rain is awfully autumn-like). So what to do, what to do? Paint your nails on summer-y color, like I've done :D
My NOTD today is Lost without My GPS. It's beautiful shade of coral red (more coral, less red). I love it, although it has so much orange. But on me it still looks like coral-ish red, not like an atomic orange :D Application was really nice. I love $OPI's brushes, consistency and opacity.
niedziela, 5 września 2010
Otagowana. Ponownie! :D
Za wyróżnienie mnie dziękuję Hexxanie :* I do dzieła :D
Zasady:
1. Napisz tytuły 10 ulubionych piosenek i podaj ich wykonawców.
2. Zaproś 5 - 10 osób do zabawy i powiadom je komentarzem.
Masakrycznie trudno wybrac mi tylko 10 piosenek. Ale jakoś się postaram. Mój gust muzyczny jest dość prosty, niewiele mi do szczęścia potrzeba :D
1. Everlasting Friend - Blue October
2. 18th Floor Balcony - Blue October (mogłabym się ograniczyć tylko do Octoberów jeśli chodzi o 10 piosenek; jeśli ich nie znacie - sprawdźcie koniecznie! :))
3. Against All Odds - Phil Collins
4. Almost Lover - A Fine Frenzy
5. Hedonism - Skank Anansie
6. Hit Me Baby One More Time - Travis (koniecznie, koniecznie musicie sprawdzić; tak, to cover piosenki Britney; ale jaki cover... pewna część garderoby po prostu spada :D)
7. Nobody Knows - Tony Rich Project (wiem, że to trochę obciachowy kawałek, ale jakoś jest ze mną od kilku lat ;))
8. Broken Hearted Girl - Beyonce (bo ja kocham Beyonce)
9. Fireflies - Owl City
10. Please Don't Stop The Rain - James Morrison
Kolejność piosenek 3-10 przypadkowa. 1 i 2 po prostu musiały być na szczycie :D
Ja zapraszam do zabawy:
Nolę
Zuzię
Sabbathę
Noska
Kamilę
Migdałkę
Taxi
Kasię
Zasady:
1. Napisz tytuły 10 ulubionych piosenek i podaj ich wykonawców.
2. Zaproś 5 - 10 osób do zabawy i powiadom je komentarzem.
Masakrycznie trudno wybrac mi tylko 10 piosenek. Ale jakoś się postaram. Mój gust muzyczny jest dość prosty, niewiele mi do szczęścia potrzeba :D
1. Everlasting Friend - Blue October
2. 18th Floor Balcony - Blue October (mogłabym się ograniczyć tylko do Octoberów jeśli chodzi o 10 piosenek; jeśli ich nie znacie - sprawdźcie koniecznie! :))
3. Against All Odds - Phil Collins
4. Almost Lover - A Fine Frenzy
5. Hedonism - Skank Anansie
6. Hit Me Baby One More Time - Travis (koniecznie, koniecznie musicie sprawdzić; tak, to cover piosenki Britney; ale jaki cover... pewna część garderoby po prostu spada :D)
7. Nobody Knows - Tony Rich Project (wiem, że to trochę obciachowy kawałek, ale jakoś jest ze mną od kilku lat ;))
8. Broken Hearted Girl - Beyonce (bo ja kocham Beyonce)
9. Fireflies - Owl City
10. Please Don't Stop The Rain - James Morrison
Kolejność piosenek 3-10 przypadkowa. 1 i 2 po prostu musiały być na szczycie :D
Ja zapraszam do zabawy:
Nolę
Zuzię
Sabbathę
Noska
Kamilę
Migdałkę
Taxi
Kasię
sobota, 28 sierpnia 2010
Blue October
Not a polish post today. I want to share my favorite songs with you. Do you know Blue October? This is my favorite band ever. Like ever-ever. I was on a few concerts, which I loved. My hubby promises me, that we'll go again if there be a opportunity. Can't wait.
And now a couple of my favorite songs. First is 18th floor balcony. O my, I love this song. It was first dance on our reception. And it was in the background when my man poped the question :D It's our song, *le sigh*
And second one (although I love majority of their music) is Everlasting friend. I went wild when I heard this live. It also reminds me of my husband. I'm listening to this when I miss him terribly.
If you haven't heard about BO, please check them out. They're really awesome ;)
And now a couple of my favorite songs. First is 18th floor balcony. O my, I love this song. It was first dance on our reception. And it was in the background when my man poped the question :D It's our song, *le sigh*
And second one (although I love majority of their music) is Everlasting friend. I went wild when I heard this live. It also reminds me of my husband. I'm listening to this when I miss him terribly.
If you haven't heard about BO, please check them out. They're really awesome ;)
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
5 mężczyzn, których kiedyś... 'lubiłam' :D
Zobaczyłam tę zabawę u Parokeets, i mimo że nikt mnie nie zatagował postanowiłam się zabawić, a co. Sama ze sobą też mogę *lol*
Bo ja mam bogatą przeszłość pod tym względem. Co rusz jakiś nowy crush mi się pojawiał, co tydzień na tapecie był nowy pan. Ale nie szlam w jakieś masówki typu Nick z BSB czy Hansony albo inne Kelly Family. O co to, to nie.
Ograniczyć się do pięciu sztuk męskiego ciała było ciężko, ale metodą eliminacji wybrałam ostateczną listę :) Kolejność jakby przypadkowa.
1. George Clooney
Dlaczego? Naprawdę pytacie dlaczego?! Wystarczy na tego pana spojrzeć. Jego spojrzenie jasno mówi pewną rzecz. Ale nie napisze jaką, bo to jest trochę jakby wulgarne. Amen.
2. Shane West
Filmy typu 'Szkoła uczuć' to moja ogromna guilty pleasure. Oglądam, płacze i zakochuję się w aktorach. Taka moja kobieca natura. I rola Landona przyniosła Shane'owi to, co najważniejsze - moja miłość :D
3. Luke Perry
W wydaniu Beverly Hills 90210 (wahałam się między Dylanem a Branodnem, cóż - Dylan niepokorna dusza wygrał :D). Ten serial oglądałam tylko dla niego. Byłam zakochana po uszy.
4. Hugh Grant
Kocham go za 'Notting Hill'. I za 'Cztery wesela...' też. I za 'Love Actually'. Awww, w tym ostatnim był przesłodki :D I za te cudny brytyjski akcent tez go kocham. Mam słabość do przystojnych Anglików :D
5. Last but not least - Paweł Małaszyński
Nie, nie za rolę ciaptusia w 'Magdzie M.'. Śliniłam się do niego jak grał w Oficerze. Dobry był, muszę to przyznać.
W moim subiektywnym osobistym rankingu nie uwzględniłam takich panów jak Sean Connery (bo on ciągle przyprawia mnie o szybsze bicie serca) czy Robert Pattinson (och no, jego będę kochać do śmierci :D). Tam na górze są panowie, w których kiedyś miałam młodzieńcze crushe. Tych dojrzalszych miłości nie opisuję *rotfl*.
Nikogo także nie taguję, jak chcecie to przyłączcie się do zabawy :)))
Bo ja mam bogatą przeszłość pod tym względem. Co rusz jakiś nowy crush mi się pojawiał, co tydzień na tapecie był nowy pan. Ale nie szlam w jakieś masówki typu Nick z BSB czy Hansony albo inne Kelly Family. O co to, to nie.
Ograniczyć się do pięciu sztuk męskiego ciała było ciężko, ale metodą eliminacji wybrałam ostateczną listę :) Kolejność jakby przypadkowa.
1. George Clooney
Dlaczego? Naprawdę pytacie dlaczego?! Wystarczy na tego pana spojrzeć. Jego spojrzenie jasno mówi pewną rzecz. Ale nie napisze jaką, bo to jest trochę jakby wulgarne. Amen.
2. Shane West
Filmy typu 'Szkoła uczuć' to moja ogromna guilty pleasure. Oglądam, płacze i zakochuję się w aktorach. Taka moja kobieca natura. I rola Landona przyniosła Shane'owi to, co najważniejsze - moja miłość :D
3. Luke Perry
W wydaniu Beverly Hills 90210 (wahałam się między Dylanem a Branodnem, cóż - Dylan niepokorna dusza wygrał :D). Ten serial oglądałam tylko dla niego. Byłam zakochana po uszy.
4. Hugh Grant
Kocham go za 'Notting Hill'. I za 'Cztery wesela...' też. I za 'Love Actually'. Awww, w tym ostatnim był przesłodki :D I za te cudny brytyjski akcent tez go kocham. Mam słabość do przystojnych Anglików :D
5. Last but not least - Paweł Małaszyński
Nie, nie za rolę ciaptusia w 'Magdzie M.'. Śliniłam się do niego jak grał w Oficerze. Dobry był, muszę to przyznać.
W moim subiektywnym osobistym rankingu nie uwzględniłam takich panów jak Sean Connery (bo on ciągle przyprawia mnie o szybsze bicie serca) czy Robert Pattinson (och no, jego będę kochać do śmierci :D). Tam na górze są panowie, w których kiedyś miałam młodzieńcze crushe. Tych dojrzalszych miłości nie opisuję *rotfl*.
Nikogo także nie taguję, jak chcecie to przyłączcie się do zabawy :)))
niedziela, 22 sierpnia 2010
Perfection.
Nola, myślę, że znalazłam czerwień, jakiej szukasz. Tylko nie bij jak obejrzysz zdjęcia ;)
Czasami jest tak, że jak ma się czegoś dużo to ciężko o zaskoczenie. Ja tak mam z czerwonymi lakierami - myślałam, że nic mnie już nie zaskoczy. Aż do dzisiaj. Zaliczyłam totalny opad szczeny, do tej pory zbieram zęby z podłogi. A co spowodowało to, że niebawem będę musiała udać się do dentysty po skierowanie do technika szczękowego? Mój nowy czerwony lakier. Lakier, który jest ideałem w każdej kategorii. Jest elegancki, kobiecy, seksowny jak nie wiem co. No po prostu ideał.
O czym mowa? Forever Young. Po prostu ja piękniejszej czerwieni nie mam, to zdecydowanie mój święty Graal (a naprawdę, uwierzcie na słowo wielbicielki czerwieni, widziałam wiele :D).
Aplikacja jest cudowna, lakier jest bardziej gęsty niż inne Essie ale dzięki temu kryje już po pierwszej warstwie. No mówię Wam - ideał. Przejdźmy do zdjęć, bo mam jakiś niekontrolowany słowotok :D
P.S. W rzeczywistości on jest o jakiś ton ciemniejszy niż na moich zdjęciach ;)
English please:
When you have a lot of some things you think that nothing is going to surprise you. I thought so thouhg. I've had a lot of reds polishes. And I thought that I found my HG a long ago (oh, I have a list of my HG reds :D). But today I painted my nails one of my new reds. I liked it in the bottle - medium, deep, bloody. But on my nails... O MY GOD. I died and gone to heaven. Really. It's sooooo beautiful that I'm wordless. My jaw fall on the floor and I'm looking for my teeth still :D
If you're searching for deep, ladylike, attracitve red - look at Forever Young from Essie. This polish is all of this. I swear ;)
Polish is thick and absolutely opaque after one coat.
Czasami jest tak, że jak ma się czegoś dużo to ciężko o zaskoczenie. Ja tak mam z czerwonymi lakierami - myślałam, że nic mnie już nie zaskoczy. Aż do dzisiaj. Zaliczyłam totalny opad szczeny, do tej pory zbieram zęby z podłogi. A co spowodowało to, że niebawem będę musiała udać się do dentysty po skierowanie do technika szczękowego? Mój nowy czerwony lakier. Lakier, który jest ideałem w każdej kategorii. Jest elegancki, kobiecy, seksowny jak nie wiem co. No po prostu ideał.
O czym mowa? Forever Young. Po prostu ja piękniejszej czerwieni nie mam, to zdecydowanie mój święty Graal (a naprawdę, uwierzcie na słowo wielbicielki czerwieni, widziałam wiele :D).
Aplikacja jest cudowna, lakier jest bardziej gęsty niż inne Essie ale dzięki temu kryje już po pierwszej warstwie. No mówię Wam - ideał. Przejdźmy do zdjęć, bo mam jakiś niekontrolowany słowotok :D
P.S. W rzeczywistości on jest o jakiś ton ciemniejszy niż na moich zdjęciach ;)
English please:
When you have a lot of some things you think that nothing is going to surprise you. I thought so thouhg. I've had a lot of reds polishes. And I thought that I found my HG a long ago (oh, I have a list of my HG reds :D). But today I painted my nails one of my new reds. I liked it in the bottle - medium, deep, bloody. But on my nails... O MY GOD. I died and gone to heaven. Really. It's sooooo beautiful that I'm wordless. My jaw fall on the floor and I'm looking for my teeth still :D
If you're searching for deep, ladylike, attracitve red - look at Forever Young from Essie. This polish is all of this. I swear ;)
Polish is thick and absolutely opaque after one coat.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















